Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



15.02.2016
Kółko graniaste czyli kwadratura koła łokciem


Ileż to razy w czasie lekcji edukacji somatycznej Metodą Feldenkraisa rysujemy koła. No ile? Często. Ci z Was który wiedzą o czym mówię być może też pamiętają czym przyszło im rysować koło. Czubkiem głowy, łokciem, stopą, kolanem, biodrem, miednicą, klatką piersiową, piętą, dłonią, palcem (wszystkimi i każdym z osobna), nosem, tyłem głowy, mostkiem …

I ciekawe, jak to jest, że ten mentalny twór jakim jest wyobrażenie koła przenosimy ruchem w  przestrzeń poprzez skomplikowany układ mechaniczny jakim jest nasz szkielet podłączony funkcjonalnie poprzez przewody nerwowe do mięśni.

I gdy tak się przyjrzeć tym ucieleśnionym manifestacjom naszego wyobrażenia koła to bardzo często do koła im daleko. Są kanciaste trochę jakby ociosane nieprecyzyjnym narzędziem z kamienia, albo rozlane jak zegar Salvadora Dali, albo brakuje im fragmentów. Często są wybrakowane. Tak jakby nasz obraz koła był wybrakowany, przewodzenie na drodze mózg – rysująca część ciała szwankowało albo mięśnie nie słuchały należycie.

Kiedyś rysowałem koła na śniegu, chodząc po zamarzniętym, pokrytym śniegiem jeziorze. Z zamkniętymi oczami. Mogłem tak spędzić pół dnia zakreślając koła próbując trafić idealnie bez patrzenia w miejsce skąd wystartowałem. I  ciekawe było obserwowanie tego jakie czynniki sprawiają, że orientuję się gdzie jestem i dokąd mam iść. Mimo zamkniętych oczu, światło docierało przez zamknięte powieki podpowiadając jak jestem ustawiony względem słońca, albo odczuwając kierunek wiatru na twarzy. Te podpowiedzi sprawiały, że udawało mi się czasem stanąć w miejscu, otworzyć oczy i odkryć, że stoję dokładnie w miejscu, z którego zacząłem. Co za radość.

Ale gdy poruszamy się wyłącznie po przestrzeni wewnętrznej naszego ciała wsłuchujemy się w inne wskazówki. Każdy w swoje. Obserwujemy naszą wewnętrzną architekturę, reagujemy na linie światłą rozchodzące się po przestrzeni w środku nas, odczuwamy zmianę nacisku na podłoże i  zmieniające się relacje płaszczyzn, przylądków i zatok ciała. Na ile dokładnie i uważnie ich słuchamy? Co sprawia, że jakaś część ciała zakreśla bardziej lub mniej dokładne koło? Lub jakikolwiek ruch (działanie), który ma podążać za naszą intencją.

Obserwowałem to ostatnio podczas jednej z lekcji. Rysowaliśmy koło łokciem i ten ruch wynikał z  ruchu w łopatce i żebrach i obracania się na plecy i z powrotem do leżenia na boku. Co osoba to inna figura w przestrzeni. I chyba nawet nie chodzi o moje instrukcje. A zatem, o co?

A nie dalej jak kilka dni wcześniej przyglądałem się, jak przed pójściem spać Julek (lat pięć) uczy rysować Jankę (lat dwa) … właśnie koło. I nagle słyszę jak Julek wykazując wyjątkowo dużo cierpliwości, troskliwym głosem mówi młodszej siostrze "Janka, przecież koło ma wszystkie rogi zaokrąglone".

Ujął mnie tym stwierdzeniem ogromnie.

Tak po prostu, wszystkie rogi zaokrąglone. To oczywiście nie czyni jeszcze koła doskonałego, ale to już coś.

Gdy poszli sobie już spać. Zacząłem eksperymentować z kołem.

Rysowałem tylko dłonią (fizycznie, ołówkiem na kartce papieru) albo ramię było proste i nieruchome i  ruch (pozycja stojąca) wychodził ze stóp i wychylania się całego ciała w przód, tył i na boki, albo jeszcze tułów był nieruchomy oraz ramię a ruch wynikała tylko z ruchu łopatki.

Fantastyczna zabawa, obserwować wewnątrz siebie które rogi trudniej jest zaokrąglić. I jakoś tak jest, że ciało zna odpowiedź jeśli tylko bliżej się wsłuchać i przyjrzeć swojemu kołu. Że idea koła jest wpisana w nasz ruchowy repertuar. I można je uzyskać z dowolnej konfiguracji, w  dowolnej pozycji, (prawie) dowolną częścią ciała. I pomysł żeby pilnować zaokrąglenia wszystkich rogów jest dobrym początkiem. Bo jak mawiał Moshe Feldenkrais osiągamy poprawę poprzez przybliżenia. I zawsze zaczynamy od pierwszego a potem są kolejne przybliżenia. Aż wszystkie rogi będą zaokrąglone.



03.2016
O wyższości pozycji leżącej nad pozycją stojącą


W dzieciństwie często słyszałem od Mamy takie słowa "maybe yes, maybe no, maybe baby I dont know" co można by przetłumaczyć jako "może tak, może nie, być może, dziecko, (po prostu) nie wiem"
Mimo, że nie do końca tak naprawdę rozumiałem o co w nich chodzi, to z czasem zacząłem lubić je coraz bardziej, do tego stopnia, stały mi się bardzo bliskie i sam lubię je czasem powtarzać.
Zwłaszcza w czasach wszechobecnej pewności to trochę jak pozwolenie na błądzenie. To umiłowanie do pewności, do nieomylności, do trzymania się raz wytoczonego jedynie słusznego kierunku i wektora widoczne jest nawet na zajęciach edukacji somatycznej Metodą Feldenkraisa.
A tyle tu przecież nowości, nowych kierunków, salt i zwrotów akcji, które nic innego tylko zachęcają do porzucenia starego i spojrzenia przychylnym okiem na nowe. Niektórzy trenerzy nawet reklamują profesjonalny trening Feldenkraisa między innymi tym, że student pozna ponad siedem tysięcy nowych ruchów. Nie wiem kto i jak to obliczył, wydaje mi się to dość zabawne, bo przecież ta liczba jest różna dla każdego z nas ale tak czy owak na treningu feldenkraisa poznajemy imponującą ilość nowych wzorców ruchowych. Badamy niezliczoną ilość nowych ścieżek, zaułków naszej motoryki, postrzegania i  świadomości. Odkrywamy, że czasem nie ma jednoznacznie najlepszych rozwiązań, i że jest wiele elementów, które wpływają na znalezienie tego najlepszego w danym momencie rozwiązania.

A mimo to, nawet tu, na bezpiecznym kawałku podłogi, często wciąż wydaje nam się, że powinniśmy wiedzieć od razu co i jak zrobić. Gdzie mieć, ułożyć, postawić, stopę, dłoń, głowę, biodra, barki i te wszystkie setki części naszego szkieletu i wiedzieć jak je od razu właściwie, poprawnie, najlepiej we wszechświecie mieć poukładane. Tacy jesteśmy poukładani.

Fakt, większa praktyka, pomaga szybciej, niejako intuicyjne znajdować optymalne rozwiązania. Mimo to czasem i u doświadczonych jak i początkujących na feldenkraisowych ścieżkach można zaobserwować taki, w pewnym sensie upór, trzymania się jednej ścieżki, tego samego pasa ruchu.

Julek ostatnio pod koniec jakiegoś weekendowego maratonu imprezowego z dużą ilością słodyczy prosi o kolejnego pączusia. Ja mu mówię, że już strasznie dużo zjadł słodyczy i że chyba wystarczy. Na co pada propozycja: on proponuje jeszcze tylko jednego pączusia i że w ogóle słodycze tylko w  weekendy a potem cały tydzień słodki post. No to ja się na to godzę, zastrzegając, że weekendy też z umiarem. Zgoda.
W poniedziałek prośba o pączusia. No to ja przypominam nasza umowę. Cisza.
Po paru minutach milczenia, które widzę, że są wypełnione szukaniem rozwiązania, słyszę," wiesz tata to ja postanowiłem zmienić zdanie, teraz proponuję żeby w weekendy nie jeść a w tygodniu jeść słodycze". No i jak tu odmówić?
Pączusia nie dostał, ale chylę czoła za dążenie do celu.

I myślę sobie, że w naszym poszukiwaniu lekkości ruchu (tak jak dla Julcia słodkiego ukojenia) moglibyśmy kierować się równie dużą determinacją. Nie zadowalać się pierwszym ruchem, który nasze ciało nam podpowie. Bo zwykle podpowie nam to co utwierdzi w nas ten obraz siebie, który tak dobrze znamy i chcemy dalej potwierdzać. Ale wiedząc to lub tego nie wiedząc, kwestionować to co nam ciało podsuwa jako pierwszą propozycję i powiedzieć sobie, nie, nie, nie, być może nie tędy droga i pójść inną, mniej uczęszczaną drogą. I tak wiele razy, zmieniać, przestawiać, poszukiwać, aż staniemy twarzą twarz z zupełnie nową jakością ruchu w sobie, często burzącą nasz dotychczasowy zmysłowo, ruchowy obrazek siebie, zostawiając nas z czymś nowym, często lepszym.

Tylko trzeba do tego chcieć się zatrzymać i powiedzieć sobie, że szukam nowych ścieżek, jestem poszukiwaczem, na tropie sekretu lekkości zaklętej we własnym ciele.

Znamy dobrze to powiedzenie Moshe Feldenkraisa "jeśli wiesz co robisz, możesz robić to co chcesz". To taka klasyka, cytat cytatów. Ostoja, dobrze się na tym oprzeć, jak już nie ma na czym. Aż tu nagle oglądam wykład z Amherst (ostatni trening M.F.) w którym Moshe Feldenkrais przez prawie godzinę udowadnia, że to zdanie to jeden wielki nonsens, że to nie prawda, po prostu jedna wielka ściema.
Taka drobna zmiana zdania, w kwestii zdania, które na tyle zdążyło się już utrwalić w głowie, że jeszcze chwila a okazałoby się, że stoi tak mocno na swoich pewnych nogach, że jest nie do ruszenia. W samą porę to obejrzałem, bo jeszcze chwila i uwierzyłbym, że wiem. Co za ulga, zwolnienie z obowiązku wiedzenia.
To samo dotyczy ruchu. Czasem najdrobniejsze zmiany ale podparte wyobraźnią otwierają wielki, niezmierzony nowy świat niuansów, gdzie ruchy odmieniają się przez przypadki, czasy, tryby, tworząc bogaty świat nowych możliwości ekspresji.
Z ruchem bywa podobnie jak z językiem.
Ktoś zadzwonił do Michała Rusinka i  mówi "dzień dobry, chciałbym rozmawiać z Michałem Rusinek", w odpowiedzi słyszy "dzień dobry, ale ja się deklinuję" na co osoba dzwoniąca mówi "a to przepraszam bardzo, zadzwonię później".

I z tym bogactwem ruchu, zmysłów, nowych możliwości bywa tak, że łatwo się pogubić, początkowo (jak w szukaniu odpowiedniej formy językowej) wstawić nie tę końcówkę, trudno odnaleźć a drogowskazów szukamy często na zewnątrz, zwłaszcza, gdy na początku nasze wewnętrzne drogowskazy są jeszcze chwiejne i niepewne. I gdy słyszę wtedy pytanie, czy to ma być o tak? Czy może o tak? A jak powinno być? ….
Dźwięczą mi wtedy słowa mojej Mamy "Maybe yes, maybe no …."

Ps. Jeśli ktoś doszukuje się powiązania treści z tytułem …. no cóż.


[wróć na początek]