Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



06.06.2013
Wiedza i niewiedza, pytanie z sieci i szukanie drogi do Węgajt.


.Niedawno dostałem takiego maila; „Przygotowuję zajęcia z metody Feldenkraisa i chciałbym zapytać czy mógłby Pan udzielić mi informacji na temat konkretnych ćwiczeń jakie wykonuje się w tej metodzie?” Krocząc raczej po stronie liberalizujących radykałów w kwestii prowadzenia lekcji przez osoby bez odpowiedniego wykształcenia początkowo, pod wpływem impulsu napisałem, że skądże, że absolutNIE, że jak to, że to i owo, tamto i owamto i tak dalej i że w ogóle co Pan sobie myśli. Ale potem palnąłem się w głowę i pomyślałem, że przecież osoba pisze w dobrej intencji, pisze z pozycji osoby, która kompletnie NIE WIE.

Tak jak większość osób, które nie wiedzą miał pełne prawo do zadania takiego pytania i przesłania takiej prośby. A większość osób jednak nie wie na ten temat i  takie podejście jest naturalne, w pewnym sensie nawet oczywiste, należy się go wręcz spodziewać i dziwić jeśli było by inaczej.

Z mojego treningu zapamiętałem taką oto historię o Feldenkraisie. Kobieta cierpiała na ból głowy. Koleżanka poleciła, by poszła do Feldenkraisa, który jej pomoże. Ten poprosił, by położyła się na brzuchu i majstrował coś przy lędźwiach, miednicy, biodrach. Wyraźnie zaniepokojona podniosła głowę mówiąc, że przyszła tu przecież z bólem głowy a nie dolnych pleców czy bioder. Moshe Feldenkrais uspokoił ją, że jest tego świadom i dalej robił swoje. Po chwili, już bardziej zniecierpliwiona podniosła głowę i powtarza, że to przecież o  głowę chodzi. I znów nie zmieniając tego co robił powiedział, że wie. Gdy sytuacja się powtórzyła, wtedy powiedział jej tak, (albo jakoś tak) „wiem, że przyszłaś tu z bólem głowy i  powiem szczerze, że nie mam pojęcia co z nim zrobić. Ale wiem co zrobić byś poczuła się lepiej, a z mojego doświadczenia wynika, że ludzi, którzy czują się lepiej, mniej boli głowa”. I dla mnie jest to, w pewnym sensie (ale tylko w pewnym) kwintesencja tego co dzieje się w naszym feldenkraisowym doświadczeniu.

Tak podczas lekcji indywidualnych jak i  grupowych.

Niedawno przyszła osoba w bólu, pokrzywiona okrutnie, góra ciała przesunięta względem dołu z 10 centymetrów, siedziała wyraźnie na jednej stronie bardziej i tak dalej, bo nie ma co opisywać wszystkich szczegółów. Powiedziała jeszcze, że rano, gdy się obudziła poczuła się zblokowana. Pracując z nią robiłem coś pozornie zupełnie nie związanego z  tym z czym przyszła. Jakby dookoła, trochę za kulisami „problemu”. Choć z tyłu głowy wciąż mam świadomość jej dolegliwości to zasadniczo szukam takich ruchów, pozycji, które przywrócą ruch tam, gdzie zgodnie z anatomią powinien być a, z jakiegoś powodu go nie ma. Po lekcji osoba siedzi prosto, czuje się wysoko i stabilnie a na twarzy gości radosny uśmiech. Mojej też. To może trochę tak, gdy ktoś zadaje pytanie a ty gadasz nie na temat ale w taki sposób, że ta osoba i tak znajduje odpowiedź.

Okej może jeszcze inaczej. Wyobraźmy sobie, że masz ukryty w skrzyni skarb. Skrzynia, jak każda szanująca się skrzynia zawierająca skarb jest zamknięta na klucz. Klucz do skrzyni zawierającej skarb jest zwykle dobrze schowany. Często i skrzynia i klucz są tak dobrze schowane, że w ogóle nie wiesz, że masz taką skrzynię ze skarbem, nie mówiąc o tym by mieć pojęcie, gdzie szukać klucza. Teraz, jeśli ja ci powiem, że masz taką skrzynię ze skarbem to popatrzysz na mnie jak na wariata. Jaka skrzynia, jaki klucz? No po prostu gościa pogięło. A więc ja, muszę poszukać klucza, otworzyć skrzynię i pokazać co w niej jest. Wtedy uwierzysz, bo zobaczysz, dotkniesz, poczujesz i  doświadczysz. Tajemnicza skrzynia jest wypełniona ruchem, o którym nie wiedziałeś, że istnieje, lekkością, łatwością i przyjemnością ruchu, tak rzadko doświadczaną, że w tych rzadkich chwilach, gdy się to działo traktowałaś to jako dzieło przypadku i wybryku, który ci się na co dzień nie należy.

Często nie udaje mi się znaleźć tego klucza i otworzyć skrzyni na pierwszej sesji. Wtedy zwykle uczeń więcej nie wraca na sesję, mając często poczucie straty czasu i kasy i wrażenie, że gość nie wie co robi. Takie ryzyko zawodowe.

Anat, moja trenerka dawała takie wyjaśnienie tego jak pracujemy: You do a little puch puch here, and a little puch puch there and it is better” (tłumaczone dowolnie, bo dosłownie przecież przetłumaczyć się tego nie da) brzmi to mniej więcej tak, podotykasz trochę tu, trochę tam i już jest lepiej. Przez większość treningu czuliśmy się totalnie zagubieni i wściekli na takie wyjaśnienia. Nie dawały nam one żadnego punktu zaczepienia, konkretu, na którym moglibyśmy się oprzeć ruszając dalej na własną rękę meandrując w poszukiwaniu rozwiązania ludzkich problemów, z którymi do nas przychodzą. A  jednak twierdziła, że nic więcej nam nie potrzeba, że to wystarczy, by znaleźć rozwiązanie. Stwarzając warunki do samo doświadczania, pozostawiała nas w stanie permanentnej niewiedzy.

Przypomniał mi się pewien warsztat pracy z głosem prowadzony przez Olgę Szwajgier. Olga Szwajgier nie jest zwykłą nauczycielką głosu. Bo też, sama jest niezwykłą osobą. Postanowiłem kiedyś doświadczyć osobiście jej podejścia i pojechałem do uroczego Kawkowa na tygodniowy warsztat pracy z  głosem. Był to pierwszy warsztat w ogóle tam organizowany, jeszcze za czasów, gdy zajęcia odbywały się w dużym pokoju na dole, bo duża sala warsztatowa istniała tylko w głowie Jacka czyli gospodarza na kawkowskiej polanie. Olga Szwajgier jest śpiewaczką wielkiego kalibru i umiejętności. Nie znam osoby, która miała by taką rozpiętość głosu. Ciarki po plecach przechodziły, gdy wydobywała z siebie wysokie tony i dziwiłem się, że szkła w  kredensie i szyby w oknach to wytrzymują. W swojej karierze śpiewała na największych scenach operowych świata. Wielka klasa. Któregoś dnia pojechaliśmy do Węgajt (na obchody 10 lecia działającego właśnie tam Teatru Węgajty), które sąsiadując z Kawkowem oddalone są kilka, może 10 km od siebie. Przypadł mi zaszczyt zawieźć Olgę. Jadąc zgodnie ze wskazówkami … błądziliśmy jak nam się wydawało okrutnie. Przez las czarną szutrówką, na rozwidleniu trzech dróg w prawo, przy wielkich kamieniach w prawo, za dużą brzozą w lewo, za gospodarstwem znów w lewo, potem polną trawiastą drogą prosto...

W miarę, gdy droga robiła się coraz mniej wyraźna niepewność mojej pasażerki rosła. Gdy już jechaliśmy taką drogą, gdzie zderzak odgarniał wysoką trawę a  przednia szyba gałęzie zwisające z drzew Olga, z pewnym wyczuwalnym niepokojem mówi: „wciąż nie mogę uwierzyć, że jedziemy do teatru”. W dobrym momencie bo krótko potem wyjechaliśmy z krzaków prosto przed stodołę, tancbudę, po prostu Teatr Węgajty.

I w lekcjach feldenkraisowej edukacji somatycznej też tak jest; kluczymy, szukamy, słuchamy, zmieniamy kierunek, błądzimy, a to błądzenie przeplata się z jasno wytyczonym kierunkiem, by w końcu znaleźć się w oczekiwanym miejscu. Choć czasem się gubimy na dobre i znajdujemy się zupełnie gdzie indziej odkrywając coś innego.

I na koniec, wracając do początku, jak, takiej osobie, która nie wie, a wiedzieć chce, przekazać w  kilku zdaniach opis ćwiczeń metody? No jak? Bo mimo iż Metoda to ogromny zasób wiedzy to jednocześnie krok w krok obok niej, trzymając ją pod rękę, kroczy niewiedza. Zatem odpowiedzieć z  poziomu wiedzy czy z pionu niewiedzy? A, może to było odwrotnie, może wiedza jest w pionie a niewiedza w poziomie? A swoją drogą, gdzie leży granica między wiedzą a niewiedzą?


05.11.2013
Nieprzespana noc dla kilku słów i co ma imię do wiatraka?


Słowa plączą się ze sobą. Bezładnie obijają się po wnętrzu czaszki szukając wyjścia z zakamarków bezsensu. Czy to przypadek, że niektóre z nich łapią się za ręce?

I szkopuł w tym, że dzieje się to o 4 rano w noc przed warsztatem, gdy wiem, że powinienem być szczególnie wyspany. Bo dzień bardziej szczególny niż inne mniej szczególne szczególnie w kwestii gotowości do trzeźwego milczenia. Więc staję, choć ciągle leżę, przed dylematem czy zwlec się dać się im wyrazić czy spróbować zapamiętać i zasnąć, by dokończyć dzieła o bardziej ludzkiej porze. Słowa jednak są nieubłagane i po chwili blask komputera wali mnie po oczach przekreślając już na dobre możliwość dokończenia nocy.

Często na warsztatach przy samym ich początku mówię coś w rodzaju tego, że można i nawet będzie mi bardzo miło jak uczestnicy będą zwracać się do mnie po imieniu. I tu dla przełamania i skruszenia tego i owego oraz z czystej sympatii dla historii opowiadam o tym jak dawno temu ćwiczyłem regularnie Tai Chi. Działo się to pod fachowym okiem Wandy, w klubiku koło Teatru Komedia na warszawskim Żoliborzu. Gdy robiło się ciepło wychodziliśmy na zewnątrz i na placyku obok teatru ćwiczyliśmy formę dwudziestu czterech. Pewnego dnia podchodzi do nas po zajęciach bardzo już starsza pani i pyta, co my robimy, po co i czy można dołączyć, bo ona mieszka obok i, że przygląda się nam codziennie przez okno i, że ją to zaciekawiło. I gdy tak toczy się rozmowa, Wanda mówi w którymś momencie "proszę do mnie mówić po imieniu, my tu mamy taki zwyczaj".

Na to starsza pani odpowiada "proszę pani, mi zajęło 20 lat od ślubu zanim zaczęłam mówić mojemu mężowi po imieniu".

Takie historie uczą mnie tolerancji między innymi na to, że ktoś może nie chcieć mówić komuś, kogo nie zna, po imieniu.

Choć są i inne historie z życia, które mogą uczyć czegoś wręcz przeciwnego. Na przykład ja byłem kiedyś w harcerzach. Najpierw przez rok w tak zwanej drużynie zielonej, gdzie zawsze obowiązkowo mówiło się do drużynowego per druhu. Po prostu nie było innej opcji. I było klawo. Po roku uznaliśmy z bratem, że zmienimy profil i przeniesiemy się do oferującej dużo ciekawsze możliwości, drużyny żeglarskiej. A żeglarska brać to co innego. Na pierwszej zbiórce w starym gmachu liceum Lelewela na Żoliborzu, gdy po raz któryś z rzędu zwróciłem się do drużynowego Waldka "per druhu" usłyszałem taką gadkę "jak jeszcze raz powiesz do mnie druhu to tak cię kopnę w dupę, że polecisz na koniec korytarza". I trzeba było się dostosować bo kopy w drużynie rozdawane były przez kadrę ochoczo, bez większych ceregieli jako podstawowy, czasem nawet mieliśmy wrażenie, że jako jedyny środek wychowawczy. Mimo to drużynę żeglarską wspominam w samych miłych barwach i ciepłem na sercu. A że sam po jakimś czasie zostałem drużynowym to i jakoś tak się złożyło że i ja sięgałem po jedyny, słuszny i sprawdzony środek wychowawczy. Aż przyszedł moment refleksji, że tak nie można i nastał kopów kres.

W Metodzie Feldenkraisa, bo przecież o tym piszę od początku, ...prawda? ... refleksja ma być głównym źródłem modyfikowania naszego działania, chwila uważności i kolejna chwila uważności i kolejna a te chwile przeciągają się w stan ciągłej uważności aż do . zaśnięcia. Nie zewnętrzny przymus, nie groźba kary, nie zewnętrzny wzór, nie zewnętrzny autorytet. Własny wgląd, ogląd i pogląd wynikający z posłuchania siebie i wybrania lepszej drogi na podstawie tego co czujemy. Zmysły nas kierują na właściwe tory (choć wiemy doskonale, że potrafią nas i wykoleić). I wszystko jest oczywiście cacy cacy, bardzo to światłe i przepełnione duchem humanizmu. Aż tu nagle, w którymś momencie Moshe Feldenkrais wybucha i krzyczy do grupy "do jasnej cholery, trzeba na was nawrzeszczeć byście się poczuli jak w prawdziwej szkole i uznali, że to co mówię ma jakieś znaczenie i zaczęli słuchać i tego co mówię i siebie i robili mniej i wolniej i delikatniej".

Albo jakoś tak. Może czasem trzeba nakopać, by wytrząsnąć z kogoś stare przyzwyczajenia byśmy się mogli zreflektować, że jest inna droga niż droga siły i zmagania się i nastawienia na osiągnięcie celu choćby wbrew sobie. To taki paradoks, że szukamy tu delikatności i w obliczu jawnego braku pojęcia jak ją w sobie znaleźć Feldenkrais robi taką karczemną awanturę.

Anat Baniel moja nauczycielka mówiła "jeśli będę Cię przymuszać do delikatności, to to też jest forma przemocy". Inna twarz tego samego paradoksu.

A po co nam ta wrażliwość? Przypomnę choć pisałem już o tym nie dwa nie trzy. Trzeba wyjść od punktu wyjścia czyli od samego początku, choć można na to patrzeć jako na sam koniec. Zależy, z którego końca patrzymy. A zatem człowiek ma wielki mózg. Umożliwia on uczenie się na niespotykaną gdzie indziej w przyrodzie skalę. Ale uczenie również dopuszcza popełnianie błędów. Również na niespotykaną wcześniej w przyrodzie skalę. Zwierzęta, które są w dużej mierze zaprogramowane genetycznie, działając na bazie instynktów mniej się uczą ale też popełniają mniej błędów.

A ponieważ sami jesteśmy i uczniami i sędziami rezultatów własnego uczenia się to niełatwo nam uświadomić sobie, w którym miejscu zrobiliśmy coś nie tak, bo nasza ocena jest ograniczona naszymi własnymi osiągnięciami.

Zatem by iść naprzód musimy rozwinąć również własne zdolności oceny własnego zachowania, które znów są wynikiem naszego dotychczasowego rozwoju. Brzmi jak błędne koło? No właśnie. Bo tak właśnie jest.

By je przerwać i z niego wyjść musimy sięgnąć do tego, co w pewnym sensie nas w nie wpędziło mianowicie do wyższych pięter naszych nerwowych struktur. Umożliwiają one odczuwanie, analizowanie, werbalizowanie naszego doświadczenia. Dają też możliwość stopniowania wysiłku, tempa intensywności. I poprzez zmniejszenie siły bodźca do zaledwie odczuwalnego minimum uczymy się jak rozróżniać to czego wcześniej rozróżnić nie potrafiliśmy. Stajemy się przez to bardziej świadomi i łatwiej nam dostrzegać tzw. błędy na drodze do odkrycia bardziej optymalnego działania.

Ostatecznie ta metoda instaluje w nas (takie ma zamierzenie) wewnętrzny autorytet, wzmacnia go i utwierdza nas w przekonaniu, że jest ważnym głosem. Być może, choćby w tak prozaicznym celu byśmy . sami mogli określić czy zwracamy się do siebie po imieniu czy też nie.

Jest taki rysunek mojego ulubionego Larsona: w celi siedzi dwóch więźniów, nogi mają przykute łańcuchami do przeciwnych ścian celi. Na ścianach wyryte kreski oznaczające ile lat już w tej celi siedzą. Jest ich wiele. I jeden mówi do drugiego " . i skoro już zdobyliśmy się na chwilę szczerości to nie podoba mi się, że mówisz do mnie po imieniu".

[wróć na początek]