Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



11.10.2012
Kamyczek, listek i patyczek, Mieszko I i wegetarianin w polskiej armii.


Już od jakiegoś czasu uświadamiam sobie co Twórca metody, Moshe Feldenkrais tudzież jego następcy mieli na myśli mówiąc, że metoda wykorzystuje taki proces poznawczy w jaki dzieci angażują się spontanicznie, same z siebie.

Nie inaczej ale wydarzyło się to za sprawą naszego 1,5 rocznego Julka. Ja to wszystko oczywiście w teorii wcześniej wiedziałem i mówiłem i pisałem i wymądrzałem się na ten temat. Ale jak teraz widzę miałem małe pojęcie o czym gadałem. Naturalne jest, że Ci z Was, którzy macie własne dzieci lub dziećmi się blisko i bezpośrednio zajmujecie, te słowa miały zawsze sens i nie było czego kwestionować. Cała reszta ze mną włącznie przyjmowała to pewnie jako pewnik nie mający jednak (przynajmniej w moim przypadku pokrycia w doświadczeniu.

No właśnie w doświadczeniu. Otóż wychodzę z Julkiem na spacer. Cel - plac zabaw. Przewidywany czas na dotarcie ok 5 minut. Odległość od domu jakieś 200 metrów. Po 15 minutach jesteśmy ciągle w  zasięgu rzutu beretem od domu. Nawet jeśli powiem, że idziemy na plac zabaw, co zawsze jest witane z wielkim entuzjazmem, szeroko otwartymi oczyma i buzią rozdziawioną w zachwycie to przecież nie można po drodze przeoczyć kamyczka, patyczka, listka, kamyczka, patyczka, listka, kamyczka... . Gdzieś może nawet jest pamięć tego, że czeka plac zabaw ale to co tu i teraz bezpośrednio w Jego zasięgu jest tysiąckroć ważniejsze i wypiera ideę dotarcia do celu, przysypuje ją intensywnością odkryć dokonywanych w tej akurat chwili.

Czy robiąc lekcję ruchową edukacji somatycznej dostrzegamy te kamyczki, patyczki i listki, przystajemy z zachwytem nad czymś co właśnie teraz przykuło uwagę? Czy dajemy sobie pozwolenie na to, by zapomnieć o dążeniu, zapomnieć o osiąganiu, zapomnieć o  celu, nawet jeśli staje się wiadomy w którymś momencie lekcji i  zamiast tego być w 100 % uważnym na tym co się dzieje akurat tu i  teraz? Swoją drogą to pojawia się być może ważne pytanie: "jak długo trwa teraz"? Czy pozwalam sobie na zatrzymanie, na zrobienie przystanku wcześniej niż na końcu ruchu? Dla mnie Metoda Feldenkraisa to tak samo metoda uczenia się, metoda tworzenia nowych wzorców działania, metoda poszerzania możliwości wyboru, metoda rozwijania wrażliwości jak i doskonała metoda uważności, umiejętności skupienia na tym co tu i teraz.

Bo w trakcie lekcji plac zabaw może być właśnie tu, gdzie teraz jestem.

Dla wielu osób takie podejście jest (szczególnie początkowo, gdy nie potrafimy jeszcze manewrować po meandrach naszych doznań) trudne do akceptacji, bywa irytujące i staje się powodem rezygnacji z zajęć. No bo po cóż uczestniczyć w ćwiczeniach ruchowych, gdy co chwilę słychać komendy: wolniej, zaobserwuj, lżej, poczuj, odpocznij. W  takim podejściu pozornie nie wiele się dzieje, lub też dla niektórych nie dzieje się nic godnego uwagi, ciekawego czy ważnego.

Oczywiście takie zadziwienie małego dziecka jest krótkotrwałe, uwaga szybko przechodzi na coś innego, lub też można ją na coś innego przekierować. Ale w danym momencie skupienie na czymś jest całkowite, bezwarunkowe. Pamiętam naszą wyprawę do Patagonii, pamiętam nasze zadziwienie cudami dalekiej przyrody i nasze stygnące zainteresowanie gdy stawaliśmy przed kolejnym takim cudem. Nie żebyśmy nie dostrzegali piękna ale nasze wrażenie było: "już to widzieliśmy, chcemy czegoś nowego". Co nie przeszkadza mi jeździć w te same rejony gór, chodzić tymi samymi szlakami wielokrotnie i za każdym razem dostrzegać coś nowego. Ot jedna z  wielu sprzeczności.

Często do takiego zadziwienia, pełnego zanurzenia się w doświadczaniu zaciekawienia potrzebna jest nowość. I tu sobie myślę, że odpowiedzialność za dostarczenie tej nowości w trakcie procesu jakim jest lekcja edukacji somatycznej leży po obu stronach: nauczyciela i ucznia. Moja nauczycielka Anat Baniel mówiła: "Jeśli zauważycie, że połowa grupy zasypia to, albo macie super hipnotyczne zdolności i musicie nauczyć się to kontrolować albo musicie uczynić lekcję bardziej interesującą". Zatem nauczyciel jest odpowiedzialny za poprowadzenie ciekawej lekcji. I zdaję sobie sprawę, że granica między tym co interesujące a co nie leży dla każdego gdzie indziej. Ale druga strona to strona ucznia, który według mnie jest nie mniej - choć inaczej - odpowiedzialny za swoje doświadczenie nowości danej sytuacji. I taka postawa ma ograniczoną tolerancję dla lenistwa, choć u progu metody leży swoiste lenistwo. Zrobić mniej, by uzyskać więcej (więcej rozumiane jako lepiej, lżej, sprawniej itd.). Pamiętam z zajęć chemii i fizyki, że zawsze zastanawiałem się jak daleko w dół w  podziale materii jesteśmy w stanie dojść. A raczej do jakiego poziomu sama natura podzieliła materię i czy kiedykolwiek tego się dowiemy. Podobnie, gdy robię lekcję z Metody Feldekraisa zastanawiam się jak daleko w dół jestem w stanie zejść w  doświadczaniu ruchu w sobie. Jaki jest najwolniejszy, najmniejszy, najlżejszy ruch, który jestem w stanie wygenerować. I jakie będzie temu towarzyszyło doświadczenie. Czy potrafiłbym przejść 10 metrów w takim tempie by trwało to godziny? Choć równie ciekawe jest dla mnie poszukiwanie szybkości w tych samych ruchach. Jeden i  drugi kierunek jest dla mnie fascynujący.

To też nie dla wszystkich ta metoda. Choć jestem przekonany, że każdy odniósłby z niej korzyści. Nie każdy musi się tym interesować. Jest wiele innych, równie interesujących rzeczy, które zainteresują nas do tego stopnia zainteresowania, że w tej chwili nie będzie interesować nas nic innego. I a'propos tego zainteresowania przypomina mi się historia mojego brata, który po trzech latach prób zaliczenia pierwszego roku został wcielony w  szeregi naszej armii. Od początku uważali tam, że jest trochę z  innej bajki. Zaczęło się od konkursu historycznego na którym na pytanie o pierwszego wodza armii wojska polskiego powiedział bez wahania "Mieszko I". Wszyscy wiedzieli, że chodziło o inną odpowiedź ale wszyscy też wiedzieli, że nie można było nie zaliczyć tej odpowiedzi. W tym burzliwym dla siebie czasie Kuba nie pił żadnego alkoholu, nie palił i nie jadł mięsa. Trudna przypadłość w armii. Ale szczęśliwie miał zaprzyjaźnionego kucharza, który nie pozwalał by brakowało mu surówek i takich innych niezbędności dla wegetarianina w polskiej armii lat osiemdziesiątych. No i ten przesympatyczny kucharz odbył z moim bratem kiedyś taką rozmowę. "Kuba" mówi "ty mięsa nie jesz"?, "no nie jem" mówi Kuba, "I nie palisz"?, "No nie palę" pada odpowiedź, "I nie pijesz"? drąży kucharz, "No nie piję". Po chwili zastanowienia kucharz konkluduje "To ty się k...a niczym nie interesujesz".

Poznanie siebie i rozwój to dość skomplikowana i nie koniecznie łatwa przygoda. Szczęśliwie, istnieje obecnie mnóstwo dróg, którymi można podążać. Jedną z nich jest Metoda Feldenkraisa, która daje bardzo konkretne drogowskazy dotyczące tego jak zafascynować się kamyczkiem, listkiem i patyczkiem a jednocześnie kiedyś dojść do placu zabaw i mieć tam ubaw po pachy.


12.11.2012
Miłość, wojna i uczenie się, nieodbyta podróż komorą zsypową i hop siup turlanie po podłodze


Ostatniego dnia, pierwszego roku treningu w Amherst, Moshe Feldenkrais robi podsumowanie całego roku. Jest to połączenie głównych idei przedstawionych w tym czasie z ruchami, których uczyli się studenci w trakcie tych 9 treningowych tygodni. W tym podsumowaniu Moshe Feldenkrais mówi: "In love, war and in learning everything is permited". Czyli w miłości, na wojnie i w trakcie uczenia się wszystko jest dozwolone. Każdy, jeśli ma ochotę może sam się z  tym stwierdzeniem zmierzyć.

Mnie z perspektywy nauczyciela i ucznia zarazem szczególnie interesuje ta część dotycząca uczenia się. I nie mogę oprzeć się pokusie by przywołać tu moje obserwacje tego jak rozwija i uczy się na bieżąco mój mały synek. No właśnie uczy się czy nie uczy? Jak definiować słowo uczy się? Bo to co robi zdecydowanie nie przypomina nic co my robimy a co określamy uczeniem się, a jednak zdecydowanie uczy się tak, jak każdy jego rówieśnik i to wielokroć więcej niż każdy z nas - dorosłych. Przyglądając mu się mam wrażenie, że kieruje się właśnie taką zasadą "wszystko jest dozwolone" - dopóki sam nie dojdzie do zadowalającego efektu lub mu ktoś tego nie zabroni. Gdy zagląda pod szafkę nie ma początkowo ustalonego planu jak to zrobić, wie tylko, że chce tam popatrzeć. Więc robi to na różne sposoby, pochylając się i patrząc z boku, patrząc pomiędzy rozkraczonymi nogami na stojąco, kucając, klękając, leżąc. Gdy odkrywa wąski, podłużny, ostro zakończony przedmiot, który my nazywamy długopisem próbuje czy może się nim podrapać w ucho, czy może nada się do tego by dźgnąć nim psa, może da się go postawić na wąskim koniuszku, by w końcu rzucić nim z całej siły obserwując (lub nie) jak daleko poleci. Gdy bawi się z piłką sprawdza na przykład czy da się ją położyć na grzbiecie psa, co my - znaczy dorośli od razu uznalibyśmy za próbę niewartą próbowania bo z góry skazaną na niepowodzenie. I tak dalej i tak dalej z każdą rzeczą i czynnością dopóki nie pojawi się jakiś satysfakcjonujący sposób, czy wyjaśnienie czegoś niewyjaśnionego, lub pojawi się znudzenie daną czynnością. Inne określenie, które garnie mi się do głowy, gdy myślę o takim podejściu brzmieć by mogło "ciekawe czy ..."?

I  myślę sobie o naszym - "feldenkraisowym" turlaniu po podłodze, które uskuteczniamy podczas robienia lekcji edukacji somatycznej, o tym jakie to jest bliskie właśnie takiemu podejściu i co tak ładnie Moshe określił w słowach cytowanych na początku. W kontekście lekcji indywidualnych Feldenkrais bardzo ciekawie i  pięknie rozwija i przedstawia to w książce "The case of Nora" (Przypadek Nory), w której opisuje swoją pracę z kobietą, która doznała uszkodzenia mózgu w wyniku wylewu, straciła mowę. Opisuje swój tok rozumowania, dedukowania, analizowania wyciągania wniosków i sprawdzania ich w praktyce i obserwowania efektów swoich działań, i mam wrażenie, że za każdą z tych czynności kryło się pytanie: "ciekawe czy ...?".

Z  mojego własnego doświadczenia prowadzenia (w tym przypadku) zajęć grupowych, to idąc za drogowskazem, że wszystko jest dozwolone, często i może nawet coraz częściej zadaję sobie pytanie "ciekawe czy ... ". Ciekawe czy ten ruch jest możliwy, ciekawe co by się stało gdybyśmy poszli dalej w tym kierunku, ciekawe co by się stało, gdyby zrezygnować z podparcia jakiejś części ciała. I  przyznam się, że coraz mniej przygotowuję się do lekcji. Nie spędzam wielu godzin przed każdym warsztatem robiąc dokładnie każdą lekcję parę razy. Bardziej przyglądam się kierunkowi, w  którym dana lekcja zmierza i eksperymentuję z różnymi elementami, które mogą mieć znaczenie w odkrywaniu tego kierunku. I coraz częściej pozwalam na to by inspiracja do nowych elementów wynikała z tego co widzę na sali, czyli od Was uczestników zajęć. Czasem o  tym mówię, czasami milczę. Bo przecież, każdy ma swój własny świat, w którym inne rzeczy są dozwolone, i często są to zupełnie inne rzeczy niż te, które wymyślił Moshe lub wymyśliłem ja. I widzę, szczególnie u osób, które czują się już w miarę swobodnie w lekcjach edukacji somatycznej ich własne momenty postawienia sobie pytania "ciekawe czy ...? Pojawia się jakby pewien moment zawahania, moment zwrotny w toku lekcji, moment, który burzy jakiś porządek i poddaje w wątpliwość to co podane i daje pierwszeństwo temu co z wewnątrz domaga się uwagi.

Oczywiście (wracając na chwilę do dzieci) pytanie "ciekawe czy" może nieść za sobą potencjalnie niebezpieczne konsekwencje szczególnie u dzieci, które nie mają jeszcze wyrobionego wyobrażenia o  konsekwencjach niektórych zachowań. Z opowiadań mojej mamy wiem, że mój o rok starszy brat, nasi koledzy z bloku oraz ja założyliśmy się o to, kto będzie pierwszy z dziewiątego piętra na parterze: kolega windą czy ja . komorą zsypową. Szczęśliwie nie zmieściłem się do zsypu.

Pamiętam z mojego dzieciństwa niezliczone momenty gdzie punktem wyjścia było to "ciekawe czy" i też myślę sobie, jak częstotliwość tych chwil maleje z wiekiem. Czy już dowiedziałem się o tym co mnie otacza, wystarczająco wiele, by pozwolić sobie na leniwy luksus nie zadawania sobie tego pytania. Czy są też inne czynniki, które sprawiają, że z wiekiem coraz rzadziej empirycznie dochodzimy wiedzy. Kiedy człowiek traci taką spontaniczną odwagę do przyznania się, że nie wie, a otwarte przed sobą (choć ciche) pytanie "ciekawe czy" daje dostęp do dalszych poszukiwań. Feldenkrais, w swoich lekcjach ruchowych przetarł szlaki by nas "dorosłych" ponownie zachęcić do otwartości na to by nie wiedzieć i dać się wieść naszej ciekawości i pytaniu "ciekawe czy".

No i warto by jeszcze wspomnieć, że Metoda Feldenkraisa® uważana za nie inwazyjną, delikatną, lekką i przyjemną może być też potencjalnie niebezpieczna. Niesie ze sobą ryzyko podjęcia nowych wyzwań, spojrzenia na siebie w nowy sposób czy też podjęcia decyzji, które od dawna dojrzewały. Zatem uwaga... czasem nie jest to takie zwykłe hop siup turlanie po podłodze.


06.03.2013
Gdzie są muchy, odwracalność i ślub babci


Byliśmy właśnie na wysokości kortów Legii, gdy usłyszałem coś, co kazało mi się zatrzymać i upewnić, że słyszałem to co myślałem, że słyszałem. Nachyliłem się do wózka i poprosiłem, by powtórzył. Chwilę na mnie popatrzył i powiedział "zastanawiam (się) gdzie są muchy". Nie miał jeszcze dwóch lat i zupełnie nie ma znaczenia czy to wcześnie, czy późno, czy może w sam raz na takie zdania i takie formułowanie myśli. Gdy szliśmy dalej w stronę Łazienek nie mogłem się nadziwić poziomowi złożoności tej wypowiedzi w wydaniu mojego synka. Do tej pory było "mucha", "są muchy", gdzie mucha"? I tak dalej. Ale to "zastanawiam" dodało całkiem nowy wymiar złożoności.

Fascynuje mnie sam proces, wspólny nam wszystkim, którego właśnie byłem świadkiem, proces przechodzenia od prostych do coraz bardziej złożonych form. Proces, od którego przynajmniej do pewnego stopnia nie możemy uciec. Jest nam przypisany przez sam fakt, że rodzimy się homo zwykle sapiens. Ten proces złożoności nie dotyczy oczywiście tylko mowy. Jest jednym z przejawów ogólnego procesu zwanego dojrzewaniem. Anat Baniel, moja trenerka Metody Feldenkraisa powtarzała, że zróżnicowanie ruchu, części ciała względem siebie, jest miarą dojrzałości układu nerwowego. Oczywiście można kwestionować takie podejście, co akurat doskonale wpisuje się w cały feldenkraisowy krajobraz i co mi się osobiście podoba. Nie mniej jednak, (ani także nie więcej), coś w tym jest. Wartość, którą nawet trudno opisać, wartość wynikająca z nowej jakości ruchu, z odnalezienia nowych ścieżek w sobie, co pozwala na łatwiejsze odnajdywanie ścieżek, tam, poza sobą, na zewnątrz.

Oczywiście zdarza się, że po jakimś czasie, po dawce kolejnych doświadczeń i pewnej dozie refleksji świadomie odwracamy kierunek i zmierzamy ku prostocie. Albo i ta prostota sama się objawia, być może właśnie jako kolejny etap dojrzewania.

Gdy myślę o tym powrocie do prostoty przypomina mi się historia ślubu Krystyny i jej męża Ździsława. Gdy w latach 90 tych byłem na saksach w Anglii odwiedziłem w Southampton Krystynę - siostrę mojej babci, która po wojnie została już na stałe w Anglii. Opowiadała mi między innymi historię swojego ślubu. To było tuż przed wojną, ona była młodą artystką, on był pilotem wojskowym, po szkole w Dęblinie. Nazywał się Zdzisław Henneberg i był z bardzo, bardzo zamożnej rodziny. Brali ślub w kościele przy Puławskiej i babcia Krystyna wzięła na siebie załatwienie formalności kościelnych. Poszła do proboszcza, który wyciągnął cennik ślubów. Na pierwszym miejscu był ślub z jedną świeczką. Kosztował jedną złotówkę. Potem były dwie świeczki, trzy i tak dalej. Kandelabry, czerwony dywan, bukiety, organy . można było sobie dodawać po odpowiednich opłatach. Ale babci Krystynie tak bardzo spodobał się pomysł ślubu przy jednej świecy, że bez wahania zamówiła ślub za złotówkę. Ksiądz pewnie pomyślał . "bida" . Przychodzi godzina ślubu a pod kościół podjeżdżają Mercedesy, Buicki, Royce'y ... same najlepsze samochody, wysiadają panowie i panie w bardzo eleganckich strojach, śmietanka warszawy. Ksiądz się przeraził, przekonany, że doszło do jakiejś pomyłki, i by jakoś "naprawić" sytuację natychmiast posłał do organów młodego organistę, który ledwo potrafił grać. Babcia Krystyna mówiła, że nagle pan młody gdzieś zniknął, a chwilę potem . umilkły organy. Gdy wrócił spytała, gdzie był, a on spokojnie, że dał organiście . stówę, by przestał grać. I tak, otoczeni licznym gronem, rodziny, przyjaciół i znajomych poszli do ołtarza przy świetle jednej świeczki.

Feldenkrais często powtarzał, że jego metoda jest tak bardzo prosta, że przez to bardzo skomplikowana. I właśnie przez to, że jest taka prosta, jest tak trudna do ogarnięcia i do zrozumienia. Ta prostota podejścia wciąż przeplata się z kompleksowością. Także kompleksowością problemów, z którymi zgłaszają się pacjenci, uczniowie. Wciąż słyszę od uczestników lekcji zdumienie, jak to możliwe, żeby takie proste ruchy i ćwiczenia dały taki rezultat. Choć oczywiście nie tylko o prostotę ruchu tu chodzi.

Wydaje mi się, że ten duet prostoty i złożoności może się świetnie wpisywać z jedną zasad Metody Feldenkraisa mówiącą o odwracalności ruchu i działania w ogóle. Że rozwiązaniem nie jest tylko prostota czy kompleksowość ale umiejętność przechodzenia od jednego do drugiego.

[wróć na początek]