Przebieralnia

Przebieralnia czyli blog

Przebieralnia jest czymś w rodzaju bloga. Są to zwykle krótkie formy z Metodą Feldenkraisa na pierwszym lub na dalszym planie. Pisane dość nieregularnie, gdy najdzie mnie wena. Zatem nie czekaj na kolejny odcinek bo kto wie, kiedy i czy w ogóle się pojawi. Zapraszam natomiast, by sięgnąć do tego co już było, bo mimo, że pisane jakiś już czas temu, nadal w kontekście tego co robimy w Metodzie Feldenkraisa jest aktualne. I wielu innych kontekstach też. Bo przecież Metoda splata się z życiem na wielu płaszczyznach. Zapraszam do lektury.

6 kwietnia 2014
Tera, zara, i o tym jak utknąłem w potrzasku i jeszcze o wolności wyboru według Moshe Feldenkraisa

Siedzieliśmy pod ścianą, na ławce. Cała grupa, wszyscy spadochroniarze na roku, którzy mieli już po dziekance, powtórce, i innych opóźnieniach na karku. Przypatrywaliśmy się zajęciom z dziećmi ze skoliozami, na oddziale leczenia skolioz w Konstancinie. Dzieci podzielone na dwa zespoły w sztafecie miały do przebiegnięcia tor przeszkód. Było nierówno w drużynach więc pani prowadząca spojrzała w naszą stronę i zawołała hej studenci, który się ruszy i dołączy do drużyny by było po równo? Spojrzeliśmy po sobie, zwieszając głowy jakbyśmy się wszyscy chcieli schować pod ławeczkę, na której siedzieliśmy. Głupio było by pani i dzieciaki czekały więc się zgłosiłem, założyłem karnie szarfę na ramię i czekałem swojej kolejki. Trzeba było przeczołgać się po podłodze, na kocyku, na kolanach, same symetryczne ćwiczenia wzmacniające mięśnie grzbietu. Jednym z elementów było przeczołganie się pod ławeczką lekarską. I tam… utknąłem. Konkretnie zad mój utknął. Ani w te, a ni we wte. Silny byłem wtedy strasznie więc się rwę, wyrywam, szamoczę, moja grupa robi siku w majtki ze śmiechu, leżą już na podłodze, dzieciaki się wściekają bo przeciwna grupa już ich wyprzedza poza szanse doścignięcia. No po prostu komedio dramat. Choć dla mnie bardziej to drugie, rysa na honorze, że hej i wcale nie było mi do śmiechu. Po dłuższej chwili, gdy koledzy już się z podłogi pozbierali i ogarnęli, pomogli odginając ławeczkę i wyswobodzili mnie z drewnianego uścisku.

A Moshe Feldenkrais mówił (mówiąc o judo), że najwięcej można się nauczyć, gdy jesteśmy wytrąceni z równowagi. Co przenosząc na moją sytuację w potrzasku można przetłumaczyć, “w trudnej sytuacji”. Pod warunkiem, że wiemy jak się uczyć. Ja chyba jeszcze wtedy nie wiedziałem, a siłą była dla mnie kierunkiem poszukiwania.
Bo co robić, gdy siłowy wariant nie rozwiązał sytuacji, co gdyby tak się uspokoić, rozluźnić, pozwolić napięciu się rozpłynąć by móc w takiej zmiękczonej formie przedostać się pod ławeczką.
Ale wtedy nie miałem jeszcze setek lekcji feldenkraisowych za sobą, miałem za to wpojoną zasadę citius, altius, fortius, z którą się tak chętnie identyfikowałem i w której tak świetnie się odnajdywałem. Bo też nie miałem wiedzy i świadomości, że można inaczej. Lekcji, które pokazują jak zrobić coś inaczej, gdy dotychczasowa strategia się nie sprawdza. Lekcji, które pokazują jak szukać w sobie zasobów do rozwiązania zagadki. Lekcji, które są ruchowym i zmysłowym placem zabaw, poligonem, na którym doświadczamy siebie w niewyobrażalnych konfiguracjach i na dodatek odkrywamy jak zrobić je jeszcze łatwiej i na wiele sposobów.

To na wiele sposobów to coś co Moshe określał, jako furtkę do odzyskania naszej ludzkiej (homo sapiensowej) godności, umiejętność zrobienia czegoś nie na dwa sposoby, ale na co najmniej trzy lub więcej. Bo znając jeden sposób jest się automatem, dwa sposoby to na przykład tak jak, tak i nie. Albo nie i tak. Tak czy siak to jeszcze nie pełna wolność wyboru. Dopiero od trzech sposobów w górę, w dół i na boki otwiera się wolność wyboru a wraz z nią nasza ludzka godność, do której Moshe tak często nawiązywał, a którą gdzieś zdarzyło się człowiekowi po drodze zgubić i nawet tego nie zauważyć.

Jakiś czas temu, będąc w Krakowie na warsztacie, szedłem sobie Rynkiem Krakowskim. Był Empik na rynku, nie ma Empiku. Na jego miejscu powstaje dom mody. Na banerze wielki napis. ZARA WKRÓTCE OTWARCIE. Od razu wyjaśnię, że ja wiem co to jest Zara. Ale moje pierwsze skojarzenie nie idzie do tej Zary. Moje myśli przyczepiły się do tego, że słowa zara i “wkrótce” są użyte jedno po drugim i że . zaraz zaraz ktoś się właśnie powtórzył. No bo po co pisać zara i zara(z) po tym wkrótce? A no po to, bo słowo zara i słowo wkrótce skierowane są do różnych osób. Są tacy, którzy zareagują na “zara” a są tacy, (do) których to słowo nie trafi ale przemówi do nich “wkrótce”. Tak czy siak cel zostanie osiągnięty bo maksymalna ilość osób otrzyma ten oczekiwany przekaz. No więc, ja zamiast o modzie to o czym innym myślałem, myśląc jak sprytnie to sobie państwo od banera wymyślili. I w sumie bardzo mi się to spodobało, bo jakoś skojarzyło mi się to z Feldenkraisem. I z tym jak ostatnio ktoś pytał mnie o użycie słów w Metodzie, o moje doświadczenia oraz o to czy tego się uczy na treningu. Tak czy siak w trakcie lekcji nie jest czasem łatwo dobrać słowo. Ci z Was, którzy uczestniczycie w zajęciach wiecie doskonale jak ja się czasem naszukam w swoim słowniku odpowiedniego słowa. I zwykle szukam wśród tych, mi znajomych, tych które potwierdzają moje . no właśnie MOJE świata widzenie i sprawy rozumienie. A przecież to nie siebie mam poinstruować jak i w którą stronę się obrócić. I wkrótce po rozpoczęciu poszukiwania, albo też. zara … już wiem. Albo nie. I wołam o pomoc. Bo kto inny zareaguje na “wkrótce” a kto inny na “zara”. Jedno i drugie komu innemu zaświeci w głowie lampkę informującą, że za chwilę się coś wydarzy. Często Feldenkrais mówił o tym jak do słów są podczepione znaczenia i jak te znaczenia upośledzają nasze wolne myślenie. Bo posługując się słowami – NASZYMI SŁOWAMI, tymi w których wyrośliśmy i z których wyrośliśmy być może już na starcie jesteśmy na przegranej do wolnego myślenia. Bo, czy wolne oznacza niczym nie ograniczone? Ale opisując je słowami już nadajemy mu cechy uwarunkowane naszą konkretną historią zapisaną w słowach, które tworzą nasz życiowy słownik doświadczeń.
Zatem trzeba czasem sporej dyscypliny, by słowa, których używamy pozostawiały jak najwięcej swobody w działaniu, które z tych słów wyniknie.
I gdy myślę sobie o tych wszystkich lekcjach, które zostawiły we mnie taki ślad jaki zostawiły i o tym dniu kiedy utknąłem pod ławeczką lekarską to radość mnie bierze. Bo myślę sobie, że dziś wykaraskał bym się z tego sam, bez niczyjej pomocy. Może szkoda by było tylko tego, że cały ten śmiech miałbym dla siebie.
A co do domu mody… no cóż w Krakowie nie mieszkam, więc nie wiem, być może na otwarcie, na fasadzie nowego domu mody obok GRAND OPENING było napisane TERA OTWARTE.

No to nara.

6 maja 2014
Dziki kot, hopka na trasie FIS i noga w gipsie

Któregoś ranka nasz 3 latek wypalił ni z gruchy ni z pietruchy: “dziś odważę się nie bać pogłaskać dzikiego kota”. Czy dotyczyło to jakichś naszych rozmów o dzikich kotach, przeczytanych bajek, wspomnień ze spotkania z kotem, czy może tego jak parę dni wcześniej mówiłem mu, że można się bać zjechać z wyższej zjeżdżalni ale odwaga polega między innymi na tym, że jednak zjeżdżamy mimo tego strachu, nie mam pojęcia. Po prostu tak postanowił, widać było, że to było przemyślane, mocne postanowienie. Zafascynowało mnie to połączenie “odważyć się nie bać”.
Jakiś czas temu robiłem lekcję, która wpisuje się w szerszy temat “wstępu do przewrotu judo”.
Choć słowo wstęp może nas uspokajać to wiele osób jak słyszy “przewrót” lub “judo” to najchętniej uciekło by z lekcji mimo, że już wygodnie rozłożyło się na swoim kocu w ulubionym kącie sali. Choć zwykle nie zdradzam tematu to wystarczy, że powiem “stań na czworakach” a mam prawie gwarantowane, że usłyszę cichy pomruk niezadowolenia przechodzący po sali. Zwłaszcza, gdy chodzi o wieczorne zajęcia, na które ludzie przychodzą zmęczeni po pracy i nie po to by się męczyć i przewracać. Ja jednak się nie poddaję i mimo wyczuwalnego oporu ciągnę grupę dalej bo wiem, że wejście w trudną sytuację i poradzenie sobie z nią daje często dużo ciekawsze, ważniejsze i większe efekty niż miłe bujanie się z boku na bok. A lekcja jest tak ułożona że każdy się z niej wiele nauczy. Bo te trudne pozycje, ruchy, niespotykane na co dzień kombinacje i wyzwania mają czasem większą szansę, by wyrwać nas z codziennych kolein, naszych torów działania, czucia, myślenia o, którymi podróżujemy z dnia na dzień, widząc te same widoki za oknem naszych wyobrażeń o sobie. Stoickie “poznaj samego siebie” jest jednym z głównych haseł naszych feldenkraisowych działań. A te wyobrażeina o sobie tak czule pielęgnowane często łatwiej potrząsnąć w pozycji na czowrakcach, stojąc na głowie, czy innych niecodziennych. Gdy się już odważymy pójś tą ścieżką wiele innych pozornie nie związanych z takimi działaniami rzeczy się zmienia. Bo jesteśmy systemem naczyń połączonych. Zmieńmy jedną część układanki a otrzymujemy cały inny obraz. Niedawno usłuszałem po lekcji “wiesz, po tych lekcjach czuję, że mam większy dystans do codziennych spraw, nie denerwuję się tak łatwo”.

Ostatnio będąc z rodzinną wizytą na południu słyszę na podwórku rozmowę przez telefon. Mężczyzna rozmawia po niemiecku, choć najwyraźniej nie zna tego języka najlepiej. Ale co najważneiejsze dogaduje się. Słyszę fragment rozmowy: ” drei wochen krank (trzy tygodnie chory/a), noga gips”. Zaintrygowała mnie ta forma “noga gips” bo przecież jestem przekonany, że gdyby chciał to powiedzieć wszystko po polsku to użyłby formy “noga w gipsie”. Jednak zdenerwowanie spowodowane koniecznością dogadania się w obcym języku powoduje, że zapominamy jak posługiwać się swoim własnym językiem. Oczywiście dla Niemca po drugiej stronie nie robiło by różnicy gdyby to było powiedziane poprawnie. Ciekawe czy to nie jest tak, że postawienie się w trudnej, niezmiennie nowej sytuacji np. rozmowy w obcym także w sencie – nieznanym (choćby trochę) języku powoduje rozbicie naszych nawet dobrze znanych wzorców komunikowania się (tu w ojczystym języku). I wydaje mi się, że z ruchem i ciałem jest podobnie, wkraczając na nowe tory, choćby chwilowo jesteśmy wybici z naszego pewnego, dobrze znajomego poczucia i wyobrażeina siebie. To dobry moment by przyjrzeć się sobie na chwile z boku, na chwile refleksji nad tym jak postrzegamy siebie i jakie mamy o sobie wyobrażeina.
Zdaję sobie sprawę że to wymaga często odwagi by się nie bać i pójść nową ścieżką, odwagi by się ruszyć i w ogóle coś zrobić.
I tu przypomniała mi się pewna historia usłyszana dawno temu.
To było w Tatrach, w zimie. Siedzieli w Murowańcu na Hali Gąsienicowej już przy wieczornym bigosie i herbacie lub piwie i po pięknym dniu na nartach. Dziadek, jak go nazywali miał już swoje lata i może więcej czasu spędził w butach narciarskich niż zwykłych.Wyjrzał przez okno, zobaczył księżyc w pełni, wstał od stołu i powiedział że idzie na trasę. Wziął narty, ubrał się i poszedł. Wszyscy wiedzieli, że dziadek, chadza i jeździ swoimi ścieżkami i nie próbowali mu nawet wybić z głowy nocnej, samotnej jazdy. Wrócił, gdy noc była już późna. Zmęczony i uradowany rzekł tylko do nielicznych, którzy jeszcze byli na nogach “ale miałem hopkę” i poszedł spać. Rano dopytany, gdzie był, powiedział, że poszedł na starą trasę FIS. Dla tych, którzy nie wiedzą stara trasa FIS – owska na Kasprowym biegnie przez las i jest dość wąska. Już wtedy od lat była nie używana.
Niektórzy z grupy byli na tyle zaintrygowani tą nocną eskapadą, że rano jak wjechali pierwszym krzesełkiem tak pojechali od razu sprawdzić. I faktycznie, okazało się że w puszystym śniegu były dwa proste ślady nart, bez zakręcania, równo obok siebie wyrażały brak zawahania nawet w chwilach gdy oni musieli hamować. W miejscu hopki ślady urywały się, po czym ponownie biegły. 30 metrów dalej bez śladu zawahania, równo, w dół do końca trasy.

I wydaje mi się że Metoda Feldenkraisa wymaga odwagi. Takiej właśnie odwagi by się nie bać, by wyjść czasem poza swoją strefę komfortu. Ale często komfortu nawet nie fizycznego ale komfortu psychicznego związanego z poruszniem się dobrze znanymi utartymi szlakami. I nie ma znaczenia, czy robimy lekcję tak niewielką, że ruchy są prawie nie widoczne, czy robimy lekcję stania na głowie czy przewrotu judo. Wszystkie one zakładają, że dojdziemy tam gdzie wsześniej nie byliśmy. To metoda dla odważnych.
I myślę, że wielu z nas ćwiczących Feldenkraisa lubi MIŁE lekcje. Takie gdzie przez cały czas jest tak po prostu najzwyczajniej w świecie przyjemnie. Często mamy swoje ulubione lekcje, czasem właśnie dlatego, że są takie miłe. Ale wydaje mi się też, że czasem cenniejsze, ważniejsze są te lekcje, których jakoś podskórnie się obawiamy i znaleźć w sobie odwagę by pójść za nowym ruchem, w nowym kierunku, nawet w tak minimalnym zakresie, że aż nie widoczym. By nawet w tej trudnej nowej sytuacji zadbać o komfort a jednocześnie mieć świadomość że odkryliśmy kawałek nowego lądu w sobie samym.

1 sierpnia 2014
Lot trzmiela, wiedzieć czy nie wiedzieć i gdzie są moje buty

Na koszulce włoskiego stowarzyszenia Metody Feldenkraisa jest takie oto zdanie: “Naukowcy po przeprowadzonych badaniach stwierdzili, że trzmiel nie ma prawa latać. Dobrze, że trzmiel tego nie wie”.

Jedna z osób, z którymi pracuję powiedziała kiedyś, że nie lubi pracy księgowej między innymi dlatego, bo to zawód, w którym trzeba zawsze wszystko wiedzieć. I gdy to mówiła to na samą myśl coś aż ją zakłuło wewnątrz. Ja z kolei powiedziałem, że może dlatego zajmuję się edukacją somatyczną wg Metdody Feldenkraisa bo w tej metodzie nie trzeba wszystkiego wiedzieć. Czasem mam wrażenie, że im mniej się wie tym lepiej. Choć oczywiście to tylko jedna strona medalu. Bo raczej jest to tak, że warto a nawet trzeba wiedzieć dużo ale na czas lekcji o tym zapomnieć, w trakcie spotkania kierować się ciekawością osoby niewiedzącej a nie z góry, dołu i boku upatrzonymi pomysłami, czy technikami.

Z kolei w listach Marka Reese’a z Izraela znalazłem fragment, w którym cytuje Moshe Feldenkraisa: “gdy ciągnąc za rękę wiesz, które żebro jest zablokowane, to wtedy możesz powiedzieć, że wiesz jak robić Integrację Funkcjonalną”. Czyli jednak “wiedzieć”.

Ta wiedza, o której wspomina Feldenkrais to według mnie wiedza wynikająca z tego co się czuje, bazująca na odczuciu, na zmysłach i konkretnej dogłębnej wiedzy anatomicznej i biomechanicznej bo przecież trzeba do tego wiedzieć, ile mamy żeber, jak są połączone z kręgosłupem, jak są zbudowane stawy je łączące i gdzie przyczepiają się mięśnie, które nimi poruszają i tak dalej. Feldenkrais był znany wśród swoich uczniów z tego, że miał niesamowitą umiejętność zaglądania do wnętrza swoich uczniów. Po chwili badania “wiedział” co komu jest. No naprawdę. Tak słyszałem. Na własne uszy.

Jakiś czas temu spędziliśmy parę godzin z synem na “obcym” placu zabaw. Inne miejsce, inne zabawki, inni ludzie. Radość ta sama. Czasem się bawiliśmy bardziej aktywnie, czasem przyglądaliśmy się temu co dookoła. W jednym końcu placu zabaw dominowała dziewczynka ok 10 letnia, trzymająca kota na kolanach. Korpulentnej budowy, w podkoszulku na ramiączkach mimo dnia chłodnego i chylącego się już ku końcowi. Ale nie tym przyciągała uwagę. Krzyczała tak: “komu wróżbę, komu wróżbę? Wróżba za 20 groszy a przy okazji można pogłaskać kota”! Po chwili, gdy nikt się nie zgłaszał, zmieniła ofertę: “kto chce pogłaskać kota?” … “i dodatkowo wróżba za darmo”. Oferty się zmieniały aż w końcu dzieciaki zaczęły podchodzić chcąc skorzystać i z kota i z wróżb. Podeszła, między innymi dziewczynka w podobnym wieku, szczupła, wysoka, w okularach, usiadła obok i mówi: “chcę wiedzieć czy będę miała fajnego męża”. Tamta zakręciła wahadełkiem i po chwili oznajmiła że “tak, będziesz miała fajnego męża”. Ta podskoczyła z radości, uniosła do góry rękę jak w geście zwycięstwa co najmniej olimpijskiego złota. I poszła się bawić dalej. Po chwili wraca, i znów pyta: “i chcę jeszcze wiedzieć, czy przestanę … gubić buty”. Tamta zakręciła wahadełkiem i pewnym głosem oznajmiła, że … “nie, że nie przestaniesz gubić butów”. Tamta z rezygnacją, szepcząc pod nosem “to mi się w ogóle nie podoba” znów poszła bawić się dalej.

Różne są podejścia do wiedzy, którą posiadamy i ma ona różna rangę. Np. dość trudno pracuje mi się z rehabilitantami (choć bardzo to lubię) ze względu na ich potrzebę “wiedzenia”. Doskonale rozumiem dlaczego, bo sam przecież jestem rehabilitantem. Jednak wiedza, którą zdobyłem na studiach często była w procesie poznawania Metody Feldenkraisa jak kula u nogi utrudniająca pochwycenie tego co w metodzie istotne. Bo ciągle włączało się to rozumowe, oparte na wiedzy teoretycznej filtrowanie słów nauczycieli. A włączało się ciągle i strasznie trudno się go było pozbyć. Pamiętam gdy Eilat powiedziała “If you insist on having explanations, you miss your opportunity for miracle” (jeśli nalegasz na uzyskanie rozumowego wyjaśnienia, nie dajesz sobie okazji na doświadczenie cudu). A w kwestii cudów i tym podobnych to Moshe Feldenkrais ciągle powtarzał, że to nie żadna magia, to co robimy w metodzie to oparty na czystej wiedzy proces edukacyjny. I bądź tu mądry. No właśnie, mądry. Samemu trzeba znaleźć odpowiedź w sobi. Tego się uczymy, praktykując metodę. A ja często słyszę od rehabilitanta (który “wie”) po zajęciach “ach tak teraz już wiem, Feldenkrais to ćwiczenia izometryczne, albo, że to taśmy mięśniowo powięziowe…” Nie potrafię dyskutować z takimi stwierdzeniami. Bo nie mogę powiedzieć, że tak nie jest ale też zgodzić się z tym nie chcę, bo było by to strasznie niesprawiedliwe spłycanie tego co głębokie i prostowanie tego co tak uroczo meandruje pomiędzy wieloma dziedzinami. To dość naturalne, by to co nieznane, nowe, niezrozumiałe włożyć w jakąś dobrze nam znaną szufladkę. Często trudno, zwłaszcza na początku, przyznać się przed sobą, że to jest coś zupełnie innego niż to z czym do tej pory się spotkało, coś tak nowego, że po prostu nie mieści się jeszcze w naszym tak pięknie poukładanym świecie, że jeszcze nie zrobiliśmy sobie na to coś miejsca w naszym wyobrażeniu świata.

Edukacja somatyczna Metodą Feldenkraisa porusza się w innych przestrzeniach niż wyłącznie konkretna wiedza, niezawodne techniki czy też mierzalne szkiełkiem i okiem rezultaty. Oparta jest na wglądzie w siebie, otwartości na nowe możliwości, poszukiwaniu nowych rozwiązań. Prowadzi do poczucia siebie opartego na wewnętrznych kryteriach, i wyzwalając od zewnętrznych autorytetów rozwija nasz wewnętrzny autorytet. Autorytet, który między innymi pozwala znaleźć szczęśliwe połączenie pomiędzy wiedzą teoretyczną, naukową a intuicją, zmysłami i otwartością na nieznane. I czasem nawet prowadzi nas do zmiany np. zawodu na taki, gdy o nim mówimy to nas nie kłuje lecz coś raduje się wewnątrz.

Gdy wychodziliśmy z Julkiem z placu zabaw było już dość późno, prawie ciemno i raczej chłodno. Zwróciła moją uwagę dziewczynka biegająca na bosaka, i szukająca czegoś. Tak, to była ta sama. Znów zgubiła buty.

1 września 2014
Zaskoczenie, płetwonurek w pudle, dziki potwór na szlaku koło Kuźnic i nasza wiara w poprawność naszego zachowania

Dawno temu za siedmioma ulicami, za siedmioma domami odbywały się cykliczne warsztaty rozwojowe Dojrzewalni Róż pt Progresteron”. Uczestniczyłem w nich kilkakrotnie prowadząc wprowadzający warsztat z Metody Feldenkraisa. Zwykle było to 2 – 3 krótsze lekcje i pogadanka, raz nawet udało mi się zmieścić demonstrację lekcji indywidualnej. W trakcie jednych z takich międzylekcyjnych pogadanek, gdy opowiadałem o możliwościach, które drzemią w tej metodzie i nas praktykujących jedna z pań zapytała: “czy mógłby pan pokazać coś co nas zaskoczy”? Wprawdzie gdzieś na orbicie moich myśli przeleciała taka ewentualność, że chodzi o to bym zademonstrował jakiś niesamowity, spektakularny ruch, który ją zaskoczy ale zanim zdążyłem przyjrzeć się dokładniej tej ewentualności wywaliłem język na wierzch i zawarczałem tak jakbym ją chciał zjeść, i to tu, na miejscu, natychmiast w całości.
Nie wiem kto był bardziej zaskoczony czy ja czy ta pani ale pierwsza moja reakcja, na coś zupełnie niezaplanowanego, coś co normalnie oceniłbym jako niewłaściwe zachowanie była “ojej co ja zrobiłem”. Zaraz potem w duchu zacząłem się śmiać i cieszyć na takie spontaniczne zachowanie, nie zważając na to co pomyślą o tym inni. Zdziwienie, które malowało się na twarzy tej osoby było bardzo wymowne co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie o takie zachowanie chodziło.
Siedząca obok niej osoba, popatrzyła na nią i powiedziała “nie wiem jak pani, ale ja się czuję zaskoczona”.

Zaskoczenie jest wbudowane w Metodę Feldenkraisa a to co wciąż powtarzał Moshe Feldenkrais “niemożliwe staje się możliwe” jest jednym z powodów tego zaskoczenia.
To zaskoczenie pojawia się w różnych momentach i okolicznościach. Może się pojawić już pierwszej chwili lekcji, gdy usłyszymy dobrze znane z zajęć “poczuj swój kontakt z podłożem”.
Często pojawia się też później, gdy robiąc kolejne ruchy zastanawiamy się (a potem odkrywamy) dokąd prowadzi nas ten szlak, dowolnych wydawało by się ruchowych skojarzeń. Często lekcje wydają się być odzwierciedleniem sposobu prowadzenia wykładów przez Feldenkraisa. Rozwijanie tematu poprzez owijanie dygresji kolejną dygresją i tak wydawało by się w nieskończoność aż tu nagle jesteśmy przy konkluzji która nie wiadomo w jaki sposób ale dość oczywisty odpowiada na początkowo postawione pytanie. Moshe Feldenkrais wciąż powtarzał, proces jest ważniejszy, droga a nie nasze nastawienie na osiągnięcie celu. Z takim nastawieniem wędrujemy od jednego odkrycia do kolejnego i zanim się nacieszymy kolejnym to jesteśmy już u celu.

Mój przyjaciel opowiadał mi historię sprzed wielu lat, gdy to wraz z rodziną po całodniowej wycieczce w góry schodził z Murowańca do Kuźnic. Wycieczka była długa więc schodzili już po ciemku. Było już blisko Kuźnic, gdy Marek postanowił zrobić psikusa rodzinie i poszedł szybszym tempem do przodu, schował się w lesie i gdy nadchodziła jego grupa wyskoczył z lasu z rykiem jakby był jakimś niedźwiedziem albo nie wiadomo czym. Cała gromada w strachu zaczęła krzyczeć i bardzo szybko się okazało, że to nie była jego rodzina, tylko jakaś grupa, która w międzyczasie jego rodzinę wyprzedziła. Marek tak szybko jak wyskoczył z lasu tak samo dał z powrotem drapaka w krzaki i spokojnie już, (no przynajmniej bez wygłupów), czekał na swoich. Gdy weszli do sklepu w Kuźnicach miał już inną kurtkę na sobie a gdzieś między półkami usłyszał jak ktoś opowiada o jakimś wariacie co na szlaku grasuje.

W lekcjach Metody także zdarza się, że to zaskoczenie jest po obu stronach. Ja jako nauczyciel często jestem równie, choć zupełnie inaczej zaskoczony co uczniowie. Trochę tak jak dziecko rozdziawia buzię w zachwycie na widok choinki, tak i ja wielokrotnie myślę sobie że to “niesamowite, znów wyszło, znów się udało”.

Moja daleka znajoma dawno temu wyprowadziła się na antypody. Daleko to więc nie często gości w ojczyźnie. Jakiś czas temu przyjechała tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Nie powiedziała rodzicom. W zmowie z siostrą. W wigilię zapakowała się do wielkiego pudła, które znalazło się pod choinką jako prezent dla rodziców, z tego pudła wyskoczyła, gdy prezent został odpakowany. I . nikt jej nie poznał. Dlaczego? Bo była w kompletnym stroju płetwonurka. A gdy zdjęła maskę i okazało się że to ukochana córka przyjechała z drugiego końca świata nie było końca radości i wielkiej awanturze, którą zrobiła jej rodzina, że się nie ujawniła, kiedy tylko przyjechała.

Zaskoczenia w lekcjach rozwijają się czasem podobnie na wielu płaszczyznach, przychodzą znienacka, niespodziewanie często dopiero jakiś czas po lekcji. Ale najczęściej to największe zdziwienie, jest zaraz po lekcji, zdziwienie tak wielkie, że aż trudno nam się oswoić z myślą że to doświadczenie jest naszym udziałem. Moshe Feldenkrais opowiadał o tym w czasie treningu w Amherst, a ja znam to z własnej praktyki, że często osoby po lekcji wstają i otrząsają się, (zwyczajnie fizycznie strząsają to z siebie) z całej tej nowości, tego innego stanu, jakby się było w nie swoim ciele. Czasem jest on doświadczany jako dyskomfort, ale wynika on głównie z tego, że jest to coś dalekiego od tego co jest nam znane, bliskie. Bo jak mawiał Moshe Feldenkrais: “there is nothing more permanent in our behaviour than our belief that it is so” (nie ma nic bardziej stałego w naszym zachowaniu niż nasza wiara w to, że właśnie tak powinno być). Więc niektórzy wstają po lekcji dokonują szybkiej oceny sytuacji, oceniają że to “nie oni” i strząsają ten stan, tę nowość z siebie. Strząsają kwintesencję lekcji, to zaskoczenie.
Myślę, że warto powstrzymać się przed tym strząsaniem, dać czas na integrację tej nowości, przyjrzenie się co w niej drzemie i czym jeszcze może nas zaskoczyć. Może tym, że zrobię coś co zawsze chciałem a nie miałem odwagi, może tym, że sięgnę po coś na górnej półce i poczuję że zrobiłem to łatwiej niż wcześniej, może tym, przepłynę kilometr na basenie w czasie krótszym niż dotychczas a może tym, że pokażę komuś język.

10 października 2014
Bieganie, słoik miodu i jak się to ma do leżenia na stojąco

Gdybym się odważył, zrobiłbym to pierwszy raz w życiu. Zawijając nogami na boki biegła tak koślawo, że aż pięknie. Stałem w parku, czekając aż pies się wysika i nie mogłem uwierzyć temu co widziałem, chciałem ją zatrzymać i powiedzieć: proszę, błagam niech pani jeszcze nie biega. Niech pani się wstrzyma, najpierw coś ze sobą zrobi, by ułożyć kosteczki jakoś bardziej poprawnie. Może niech się pani położy na podłodze i znajdzie w sobie, dla swoich kostek więcej harmonii i ładu, a potem wraca do biegania tak by nie zrobić sobie krzywdy. Ale tego nie zrobiłem. Z opadniętą żuchwą patrzyłem jak biegła robiąc swoim kostkom (choć . czy sobie?) według mnie sporą krzywdę aż zniknęła za zakrętem. Z zamyślenia wyrwał mnie pies, który już chciał dalej iść do kolejnej trawki.
I jak to czasem mam w takich chwilach, wtedy znów zamyśliłem się nad tą głęboko filozoficzną kwestią, mianowicie: co ma leżenie do stania? Takie leniwe wałkonienie się po podłodze – jak to robimy w lekcjach ruchowych Metody Feldenkraisa – jak się ma do działania w postawie stojącej. Jak to jest, że poruszając się z taką delikatnością w leżeniu zmieniamy naszą relację do grawitacji, ustawiamy się bardziej w linii jej sił, które nieodwołalnie, nieubłagalnie wciskają nas w podłoże, a w efekcie odnajdujemy większy ład w sobie w pozycji pionowej.

Kilka dni później siedzieliśmy przy śniadaniu, a Julek, który właśnie co miał skończyć 3 lata powiedział.

— tato podaj miód
— a gdzie jest?
— tam leży
— wiesz, o miodzie to raczej powiemy że miód stoi
— no tak ale przecież leży na dnie słoika

Nie powiem żeby mnie nie zaskoczył. Chodziły i wciąż po mnie chodzą te słowa i jakoś po tej rozmowie zacząłem myśleć o połączeniu tych dwóch jakości. Stania i leżenia w jednym. Czy to jest do pogodzenia, czy było by to możliwe, czy w ogóle miało by to fizyzny, metafizyczny i ogólnożyciowy sens? Bo o tyle o ile łatwiej jest leżąc wyobrazić sobie, że stoimy to trudniej stać w pełni gotowości do działania ale tak jakbyśmy leżeli. Stojąc czy możemy sobie wyobrazić, że chociaż tylko poprzez stopy leżymy na podłożu?

Bo przecież są to dwie jakości dość od siebie odległe. No właśnie czy na pewno? Moje skojarzenia są takie: Stanie w pionie, ukierunkowane bardziej na uwagę, działanie i jego potencjalny konkretny kierunek, skupienie, niewielka powierzchnia podporu, podczas gdy horyzontalne leżenie to bardziej odpoczynek, wyciszenie, rozlanie po podłożu bez konkretnego potencjalnego kierunku działania, oddanie siebie i swojego ciężaru podłożu. Nie znaczy to że w leżeniu nie ma gotowości do działania, bo jak najbardziej może być. Ale czy da się jedno i drugie połączyć. No bo obserwuję że wiele osób potrafi stać na leżąco, a niewiele potrafi leżeć na stojąco. To znaczy, że nawet w pozycji leżącej jesteśmy spięci, skupieni, oddajemy ciężar podłożu poprzez niewielką ilość punktów kontaktu, co jest wynikiem ciągłej aktywności naszego układu nerwowego, który zajęty jest utrzymaniem naszych nawykowych napięć, ciągle się w nas coś dzieje. Często nie jesteśmy tego świadomi, do momentu, gdy poczujemy w trakcie lub po lekcji ruchowej, że oddajemy podłożu ciężar zupełnie inaczej niż początkowo. Oznacza to nie mniej nie więcej niż to, że nasz mózg na początku jest w ciągłym stanie gotowości, wysyła impulsy do mięśni by się napinały, podtrzymywały ciężar nad podłożem, nie pozwalały sobie na chwilę odpoczynku, były nawet nie tyle w ciągłej gotowości do działania ale ciągle były już czymś zajęte. W trakcie lekcji to się zmienia czego odczuwalnym efektem jest to, że leżymy pełniej, tak jak ciecz dążąca do tego by wypełnić sobą każdą szczelinę podłoża.

Można zrobić sobie krótkie doświadczenie. Leżąc na podłodze poczuć jak wypełniamy sobą przestrzeń pod sobą. Czy bardziej leżymy tak jak na kamieniach, podpierając się w kilku wyraźnych punktach, czy na piasku bardziej równomiernie rozkładając ciężar. Czując te miejsca, które są uniesione nad podłoże, tam gdzie czujemy jakby bąbel powietrza pomiędzy podłogą i plecami możemy te miejsca kilkakrotnie jeszcze bardziej unieść. Po kolei. Skupiając się tylko na jednym naraz. Zaakcentować to co już jest. Jednocześnie obserwując co dzieje się z pozostałą powierzchnią naszego kontaktu z podłogą. Gdy tak już naszą uwagą i minimalistycznym działaniem przejdziemy przez wszystkie obszary jest duża szansa, że poczujemy inaczej nasz kontakt z podłożem. Że oddajemy siebie podłożu pełniej. A najciekawsze jest to, że często też poczujemy różnicę w staniu.

Ostatnio po lekcji indywidualnej pewien mężczyzna powiedział, że czuje się bardziej zwarty i zaraz wyjaśnił, ma większą jasność w kwestii stania na własnym szkielecie, oparcia się na nim, a jednocześnie odczuwa większą płynność, lekkość, elastyczność.

Pozornie mogą się wydawać takie jakości nie do pogodzenia, a jednak wydaje mi się i sam tego doświadczam i słyszę to od uczestników zajęć, że jedna jest warunkiem drugiej. Że właśnie ta przejrzystość oparcia się na strukturze twardej jaką jest szkielet, jest warunkiem tej płynności, lekkości i miękkości, których często doświadczamy po lekcji Metodą Feldenkraisa.

Wracając do biegaczki z pobliskiego parku. Kilka miesięcy później znów ją zobaczyłem i od razu rozpoznałem z daleka po tym samym, urokliwie koślawym sposobie biegania. Ale gdy przebiegała w jakiejś odległości ode mnie widziałem na jej twarzy radość, uśmiech zadowolenia i spokoju.
I raczej nie chciałbym jej zatrzymać, by prawdopodobnie zburzyć ten radosny stan, by móc powiedzieć o kostkach, polu grawitacji i tym jak się jedno ma do drugiego. Bo może to nie jest najważniejsze. No i poza tym zawsze mogę się przecież mylić.

5 maja 2015
Urodziny Juleczka, kuleczki morelowe, pływająca miednica i Spiderman w podomce

Byliśmy ostatnio na urodzinach naszego synka w przedszkolu. Strasznie był rozentuzjazmowany i cieszył się że kończy po raz drugi 4 lata. W  przedszkolu, do którego chodzi bardzo miło świętuje się urodziny, zaczyna się od życzeń wszystkich dzieci z grupy. Bardzo jest ciekawie przysłuchiwać się takim życzeniom, bo np. życzyli Julkowi by dużo nurkował, by robił zdjęcia rybom z takiej klatki pod wodą, by skakał daleko na nartach i by dostał fajną … pińadę (to taki tekturowy zwierz wypchany słodyczami, w który uderza się kijem i gdy się go rozbije to wysypują się słodycze. Taki meksykański zwyczaj). Potem jest opowieść cioci o aniołku, który jest przyjacielem dziecka i to dziecko zajrzało w dziurę w  płocie i zobaczyło dom i zamarzyło by kiedyś w tym domu zamieszkać i tak oto jakiś czas potem przyszło na świat właśnie w tym domu.

A potem jest poczęstunek. Przynieśliśmy ciasto. A że my lubimy ciasta proste i nie za słodkie to zrobiliśmy na kruchym cieście szarlotkę z wypełnieniem kawałkami gruszki. No po prostu miód malina. Oraz kuleczki migdałowo morelowe (zmielone, zmieszane, ulepione w kulki i obtoczone w wiórach z kokosa). Dzieci ochoczo pobierały po kawałku ciasta i po garści kuleczek. Po chwili słyszeliśmy z sali …. ale to ciast mi nie smakuje, a to ciasto nie dobre, a te kuleczki to są nie smaczne i tak dalej… Tylko Julek pałaszował to do czego przyzwyczajony. I dalej … a Piotrek to miał lepsze ciasto, takie czekoladowe, a proszę pana, wie pan że Lena to miała ciasto z kremem, i było dużo lepsze. I tak dalej. Ponieśliśmy kulinarną klęskę w oczach dzieci z grupy Julka. I  gdyby nie winogrona to byli byśmy chyba wygwizdani i wywiezieni na dziecięcych wózeczkach z sali.

Tak naprawdę to bardzo mi się to spodobało. Nie tylko dlatego, że więcej ciasta zostało dla nas. Zauroczył mnie brak skrępowania przy mówieniu prosto w oczy tego co się myśli. I to nie była jedna osoba, to była większość. Po prostu taka norma, by powiedzieć co się myśli. To był dla mnie hit tych urodzin. I  pomyślałem sobie o urodzinach u ciotki, wujka, znajomych i tak dalej, gdzie wszyscy się zachwycamy daniami czy czymkolwiek nawet, gdy coś nie smakuje.

I ciekawy jestem kiedy to się zmienia. Kiedy zaczynamy cenzurować i  uznajemy, że lepiej nie powiedzieć tak po prostu prawdy tylko ją przemilczeć, lub powiedzieć nie prawdę?

I myśląc sobie o nieskrępowaniu dzieci w przeciwieństwie do autocenzury dorosłych pomyślałem sobie o czymś z mojej zawodowej dziedziny.

Otóż zdarzyło się kilka razy, że panowie, którzy uczestniczyli w  zajęciach edukacji somatycznej Metody Feldenkraisa po zajęciach odkrywali nową jakość ruchów w obszarze miednicy. I nie mówię tu o libido, o którym trochę osób, bardziej skłonnych do dzielenia się doświadczeniami wspominało, o tym, że jak miednica się uwolni ze swoich nawykowych usztywnień to i w tej sferze dużo się zmienia.

Mówię o subiektywnym poczuciu swobody ruchu, odczuwanym bardzo wyraźnie po lekcjach edukacji somatycznej. I zaskakiwały mnie komentarze związane uświadomieniem sobie tych zmian i tego co z tych zmian może wynikać. Te komentarze, o których mówię można by opisać ogólnie tak: : “słuchaj, po tych zajęciach miednica tak mi się uruchomiła, że idę ulicą i czuję że kręcę tyłkiem, i czuję że po prostu zawijam biodrami z boku na bok”.

Parę razy zdarzyło się że jak któryś z nich uświadomił sobie, że tak kręci biodrami to musiał się hamować i przestać, bo przecież facetowi nie przystoi takie kręcenie biodrami , no i …co inni sobie o nim pomyślą jak zobaczą jak on kręci biodrami.

I nawiązując do ciasta urodzinowego to zastanawiam się kiedy przestają nam się te biodra kręcić, kiedy pojawia się w nas taka świadomość, że kręcenie biodrami to coś “złego”, coś z  czym nie należy się tak bardzo eksponować i zaczynamy to hamować, ograniczać, wykluczać z naszego obrazu samego siebie. Obrazu którego potem mocno strzeżemy, tak pilnujemy w sobie, że gdy jak tylko pojawi się jakieś niekontrolowane wahnięcie bioder w bok poza normę naszej męskiej przyzwoitości to jesteśmy w stanie to pohamować i wyrzucić poza nawias dostępnych nam ruchów.

A przecież poprzez sam fakt, że jesteśmy z gatunku homosapiens wszystkim nam należą się gibkie biodra, luźna miednica i nie powinno być z tym żadnego obciachu. To co mamy zagwarantowane w  naszych genach, jest wynikiem naszej ewolucji i ta płynność była warunkiem naszej sprawności niezbędnej do przetrwania, gdy całe życie było jednym wielkim surviwalem. Po milionach lat ewolucji mamy to zapisane w anatomii i mechanice naszego homosapiensowego ciała i było by zdrowo nie wyrzekać się tego dobrostanu płynności ruchów miednicy i pozwolić jej fruwać na boki ile ma ochotę. Zachwycamy się nad płynnością ruchów zwierząt, albo też … ludzi z bardziej pierwotnych kultur, lub też chociażby tancerzy, którzy tę płynność w sobie ćwiczą i pielęgnują. Jednak mimo to, jak się okazuje trudno nam czasem dopuścić ją do głosu w  sobie i pozwolić jej się objawić.

Obraz nas samych, który w sobie nosimy, z którym się utożsamiamy, jest tak silny, że często trudno mam zaakceptować jakieś nowe ustawienie wewnątrz siebie. Każda lekcja edukacji somatycznej jest trochę jak takie wewnętrzne przemeblowanie, proponuje nowe inne ustawienie. I pewnie każdy ma inną wewnętrzną granicę do akceptacji nowego ustawienia wewnątrz siebie, do wpuszczenia na chwilę jakiegoś bałaganu do uporządkowanego i znajomego wewnętrznego ładu. Ten bałagan to pewna nowość która może stać się nowym lepszym ładem.

Ojej właśnie teraz pomyślałem że w przededniu wyborów prezydenckich wyjdzie na to, że agituję do jakiegoś nowego ładu.

Pewnie że agituję, Panie i Panowie (choć w tym przypadku bardziej do Panów) pozwólmy na wiosnę i nie tylko bujać się naszym biodrom.

I jeszcze na koniec w odniesieniu do obrazu świata, który sobie kreujemy i później go strzeżemy wrócę jeszcze do świata dzieci. Ostatnio mój syn ma fazę na superbohaterów. Jestem przygotowany na to, że to trochę potrwa i przyglądam się ewolucji tej fascynacji z fascynacją i zrozumieniem. No więc jest Superman, Batman, Spiderman, i różni inni manowie czasem wymyślani na poczekaniu. Za tym idzie kolekcjonowanie ubrań z ich wizerunkami. Tak więc może być podkoszulka, koszulka, majtki, skarpetki z superbohaterami założone naraz i gdyby można było, to byłoby dwa razy więcej. Ostatnio Julek mi opowiada o superbohaterach, którzy są na majtkach. I mówi, że to jest Spiderman, a to Batman, a ten o tutaj to Superman. Ja na to mówię, że ten tutaj to nie Superman. Na co słyszę zdecydowany sprzeciw, że owszem to jest Superman. No więc ja broniąc mojej (jedynie słusznej) wizji świata, w którym jest pewne wyobrażenie Supermana powtarzam, że to nie jest on, bo przecież Superman ma niebieski strój z czerwoną literą S na żółtym tle. Na co Julek po chwili namysłu mówi “tak tato bo to jest Superman ale w stroju domowym”.