Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



10.10.2014
Bieganie, słoik miodu i jak się to ma do leżenia na stojąco


Gdybym się odważył, zrobiłbym to pierwszy raz w życiu. Zawijając nogami na boki biegła tak koślawo, że aż pięknie. Stałem w parku, czekając aż pies się wysika i nie mogłem uwierzyć temu co widziałem, chciałem ją zatrzymać i powiedzieć: proszę, błagam niech pani jeszcze nie biega. Niech pani się wstrzyma, najpierw coś ze sobą zrobi, by ułożyć kosteczki jakoś bardziej poprawnie. Może niech się pani położy na podłodze i znajdzie w sobie, dla swoich kostek więcej harmonii i ładu, a potem wraca do biegania tak by nie zrobić sobie krzywdy. Ale tego nie zrobiłem. Z opadniętą żuchwą patrzyłem jak biegła robiąc swoim kostkom (choć . czy sobie?) według mnie sporą krzywdę aż zniknęła za zakrętem. Z zamyślenia wyrwał mnie pies, który już chciał dalej iść do kolejnej trawki.
I jak to czasem mam w takich chwilach, wtedy znów zamyśliłem się nad tą głęboko filozoficzną kwestią, mianowicie: co ma leżenie do stania? Takie leniwe wałkonienie się po podłodze - jak to robimy w lekcjach ruchowych Metody Feldenkraisa - jak się ma do działania w postawie stojącej. Jak to jest, że poruszając się z taką delikatnością w leżeniu zmieniamy naszą relację do grawitacji, ustawiamy się bardziej w linii jej sił, które nieodwołalnie, nieubłagalnie wciskają nas w podłoże, a w efekcie odnajdujemy większy ład w sobie w pozycji pionowej.

Kilka dni później siedzieliśmy przy śniadaniu, a Julek, który właśnie co miał skończyć 3 lata powiedział.

— tato podaj miód
— a gdzie jest?
— tam leży
— wiesz, o miodzie to raczej powiemy że miód stoi
— no tak ale przecież leży na dnie słoika

Nie powiem żeby mnie nie zaskoczył. Chodziły i wciąż po mnie chodzą te słowa i jakoś po tej rozmowie zacząłem myśleć o połączeniu tych dwóch jakości. Stania i leżenia w jednym. Czy to jest do pogodzenia, czy było by to możliwe, czy w ogóle miało by to fizyzny, metafizyczny i ogólnożyciowy sens? Bo o tyle o ile łatwiej jest leżąc wyobrazić sobie, że stoimy to trudniej stać w pełni gotowości do działania ale tak jakbyśmy leżeli. Stojąc czy możemy sobie wyobrazić, że chociaż tylko poprzez stopy leżymy na podłożu?

Bo przecież są to dwie jakości dość od siebie odległe. No właśnie czy na pewno? Moje skojarzenia są takie: Stanie w pionie, ukierunkowane bardziej na uwagę, działanie i jego potencjalny konkretny kierunek, skupienie, niewielka powierzchnia podporu, podczas gdy horyzontalne leżenie to bardziej odpoczynek, wyciszenie, rozlanie po podłożu bez konkretnego potencjalnego kierunku działania, oddanie siebie i swojego ciężaru podłożu. Nie znaczy to że w leżeniu nie ma gotowości do działania, bo jak najbardziej może być. Ale czy da się jedno i drugie połączyć. No bo obserwuję że wiele osób potrafi stać na leżąco, a niewiele potrafi leżeć na stojąco. To znaczy, że nawet w pozycji leżącej jesteśmy spięci, skupieni, oddajemy ciężar podłożu poprzez niewielką ilość punktów kontaktu, co jest wynikiem ciągłej aktywności naszego układu nerwowego, który zajęty jest utrzymaniem naszych nawykowych napięć, ciągle się w nas coś dzieje. Często nie jesteśmy tego świadomi, do momentu, gdy poczujemy w trakcie lub po lekcji ruchowej, że oddajemy podłożu ciężar zupełnie inaczej niż początkowo. Oznacza to nie mniej nie więcej niż to, że nasz mózg na początku jest w ciągłym stanie gotowości, wysyła impulsy do mięśni by się napinały, podtrzymywały ciężar nad podłożem, nie pozwalały sobie na chwilę odpoczynku, były nawet nie tyle w ciągłej gotowości do działania ale ciągle były już czymś zajęte. W trakcie lekcji to się zmienia czego odczuwalnym efektem jest to, że leżymy pełniej, tak jak ciecz dążąca do tego by wypełnić sobą każdą szczelinę podłoża.

Można zrobić sobie krótkie doświadczenie. Leżąc na podłodze poczuć jak wypełniamy sobą przestrzeń pod sobą. Czy bardziej leżymy tak jak na kamieniach, podpierając się w kilku wyraźnych punktach, czy na piasku bardziej równomiernie rozkładając ciężar. Czując te miejsca, które są uniesione nad podłoże, tam gdzie czujemy jakby bąbel powietrza pomiędzy podłogą i plecami możemy te miejsca kilkakrotnie jeszcze bardziej unieść. Po kolei. Skupiając się tylko na jednym naraz. Zaakcentować to co już jest. Jednocześnie obserwując co dzieje się z pozostałą powierzchnią naszego kontaktu z podłogą. Gdy tak już naszą uwagą i minimalistycznym działaniem przejdziemy przez wszystkie obszary jest duża szansa, że poczujemy inaczej nasz kontakt z podłożem. Że oddajemy siebie podłożu pełniej. A najciekawsze jest to, że często też poczujemy różnicę w staniu.

Ostatnio po lekcji indywidualnej pewien mężczyzna powiedział, że czuje się bardziej zwarty i zaraz wyjaśnił, ma większą jasność w kwestii stania na własnym szkielecie, oparcia się na nim, a jednocześnie odczuwa większą płynność, lekkość, elastyczność.

Pozornie mogą się wydawać takie jakości nie do pogodzenia, a jednak wydaje mi się i sam tego doświadczam i słyszę to od uczestników zajęć, że jedna jest warunkiem drugiej. Że właśnie ta przejrzystość oparcia się na strukturze twardej jaką jest szkielet, jest warunkiem tej płynności, lekkości i miękkości, których często doświadczamy po lekcji Metodą Feldenkraisa.

Wracając do biegaczki z pobliskiego parku. Kilka miesięcy później znów ją zobaczyłem i od razu rozpoznałem z daleka po tym samym, urokliwie koślawym sposobie biegania. Ale gdy przebiegała w jakiejś odległości ode mnie widziałem na jej twarzy radość, uśmiech zadowolenia i spokoju.
I raczej nie chciałbym jej zatrzymać, by prawdopodobnie zburzyć ten radosny stan, by móc powiedzieć o kostkach, polu grawitacji i tym jak się jedno ma do drugiego. Bo może to nie jest najważniejsze. No i poza tym zawsze mogę się przecież mylić.


05.05.2015
Urodziny Juleczka, kuleczki morelowe, pływająca miednica i Spiderman w podomce


Byliśmy ostatnio na urodzinach naszego synka w przedszkolu. Strasznie był rozentuzjazmowany i cieszył się że kończy po raz drugi 4 lata. W  przedszkolu, do którego chodzi bardzo miło świętuje się urodziny, zaczyna się od życzeń wszystkich dzieci z grupy. Bardzo jest ciekawie przysłuchiwać się takim życzeniom, bo np. życzyli Julkowi by dużo nurkował, by robił zdjęcia rybom z takiej klatki pod wodą, by skakał daleko na nartach i by dostał fajną … pińadę (to taki tekturowy zwierz wypchany słodyczami, w który uderza się kijem i gdy się go rozbije to wysypują się słodycze. Taki meksykański zwyczaj). Potem jest opowieść cioci o aniołku, który jest przyjacielem dziecka i to dziecko zajrzało w dziurę w  płocie i zobaczyło dom i zamarzyło by kiedyś w tym domu zamieszkać i tak oto jakiś czas potem przyszło na świat właśnie w tym domu.

A potem jest poczęstunek. Przynieśliśmy ciasto. A że my lubimy ciasta proste i nie za słodkie to zrobiliśmy na kruchym cieście szarlotkę z wypełnieniem kawałkami gruszki. No po prostu miód malina. Oraz kuleczki migdałowo morelowe (zmielone, zmieszane, ulepione w kulki i obtoczone w wiórach z kokosa). Dzieci ochoczo pobierały po kawałku ciasta i po garści kuleczek. Po chwili słyszeliśmy z sali …. ale to ciast mi nie smakuje, a to ciasto nie dobre, a te kuleczki to są nie smaczne i tak dalej... . Tylko Julek pałaszował to do czego przyzwyczajony. I dalej … a Piotrek to miał lepsze ciasto, takie czekoladowe, a proszę pana, wie pan że Lena to miała ciasto z kremem, i było dużo lepsze. I tak dalej. Ponieśliśmy kulinarną klęskę w oczach dzieci z grupy Julka. I  gdyby nie winogrona to byli byśmy chyba wygwizdani i wywiezieni na dziecięcych wózeczkach z sali.

Tak naprawdę to bardzo mi się to spodobało. Nie tylko dlatego, że więcej ciasta zostało dla nas. Zauroczył mnie brak skrępowania przy mówieniu prosto w oczy tego co się myśli. I to nie była jedna osoba, to była większość. Po prostu taka norma, by powiedzieć co się myśli. To był dla mnie hit tych urodzin. I  pomyślałem sobie o urodzinach u ciotki, wujka, znajomych i tak dalej, gdzie wszyscy się zachwycamy daniami czy czymkolwiek nawet, gdy coś nie smakuje.

I ciekawy jestem kiedy to się zmienia. Kiedy zaczynamy cenzurować i  uznajemy, że lepiej nie powiedzieć tak po prostu prawdy tylko ją przemilczeć, lub powiedzieć nie prawdę?

I myśląc sobie o nieskrępowaniu dzieci w przeciwieństwie do autocenzury dorosłych pomyślałem sobie o czymś z mojej zawodowej dziedziny.

Otóż zdarzyło się kilka razy, że panowie, którzy uczestniczyli w  zajęciach edukacji somatycznej Metody Feldenkraisa po zajęciach odkrywali nową jakość ruchów w obszarze miednicy. I nie mówię tu o libido, o którym trochę osób, bardziej skłonnych do dzielenia się doświadczeniami wspominało, o tym, że jak miednica się uwolni ze swoich nawykowych usztywnień to i w tej sferze dużo się zmienia.

Mówię o subiektywnym poczuciu swobody ruchu, odczuwanym bardzo wyraźnie po lekcjach edukacji somatycznej. I zaskakiwały mnie komentarze związane uświadomieniem sobie tych zmian i tego co z tych zmian może wynikać. Te komentarze, o których mówię można by opisać ogólnie tak: : "słuchaj, po tych zajęciach miednica tak mi się uruchomiła, że idę ulicą i czuję że kręcę tyłkiem, i czuję że po prostu zawijam biodrami z boku na bok".

Parę razy zdarzyło się że jak któryś z nich uświadomił sobie, że tak kręci biodrami to musiał się hamować i przestać, bo przecież facetowi nie przystoi takie kręcenie biodrami , no i ...co inni sobie o nim pomyślą jak zobaczą jak on kręci biodrami.

I nawiązując do ciasta urodzinowego to zastanawiam się kiedy przestają nam się te biodra kręcić, kiedy pojawia się w nas taka świadomość, że kręcenie biodrami to coś "złego", coś z  czym nie należy się tak bardzo eksponować i zaczynamy to hamować, ograniczać, wykluczać z naszego obrazu samego siebie. Obrazu którego potem mocno strzeżemy, tak pilnujemy w sobie, że gdy jak tylko pojawi się jakieś niekontrolowane wahnięcie bioder w bok poza normę naszej męskiej przyzwoitości to jesteśmy w stanie to pohamować i wyrzucić poza nawias dostępnych nam ruchów.

A przecież poprzez sam fakt, że jesteśmy z gatunku homosapiens wszystkim nam należą się gibkie biodra, luźna miednica i nie powinno być z tym żadnego obciachu. To co mamy zagwarantowane w  naszych genach, jest wynikiem naszej ewolucji i ta płynność była warunkiem naszej sprawności niezbędnej do przetrwania, gdy całe życie było jednym wielkim surviwalem. Po milionach lat ewolucji mamy to zapisane w anatomii i mechanice naszego homosapiensowego ciała i było by zdrowo nie wyrzekać się tego dobrostanu płynności ruchów miednicy i pozwolić jej fruwać na boki ile ma ochotę. Zachwycamy się nad płynnością ruchów zwierząt, albo też … ludzi z bardziej pierwotnych kultur, lub też chociażby tancerzy, którzy tę płynność w sobie ćwiczą i pielęgnują. Jednak mimo to, jak się okazuje trudno nam czasem dopuścić ją do głosu w  sobie i pozwolić jej się objawić.

Obraz nas samych, który w sobie nosimy, z którym się utożsamiamy, jest tak silny, że często trudno mam zaakceptować jakieś nowe ustawienie wewnątrz siebie. Każda lekcja edukacji somatycznej jest trochę jak takie wewnętrzne przemeblowanie, proponuje nowe inne ustawienie. I pewnie każdy ma inną wewnętrzną granicę do akceptacji nowego ustawienia wewnątrz siebie, do wpuszczenia na chwilę jakiegoś bałaganu do uporządkowanego i znajomego wewnętrznego ładu. Ten bałagan to pewna nowość która może stać się nowym lepszym ładem.

Ojej właśnie teraz pomyślałem że w przededniu wyborów prezydenckich wyjdzie na to, że agituję do jakiegoś nowego ładu.

Pewnie że agituję, Panie i Panowie (choć w tym przypadku bardziej do Panów) pozwólmy na wiosnę i nie tylko bujać się naszym biodrom.

I jeszcze na koniec w odniesieniu do obrazu świata, który sobie kreujemy i później go strzeżemy wrócę jeszcze do świata dzieci. Ostatnio mój syn ma fazę na superbohaterów. Jestem przygotowany na to, że to trochę potrwa i przyglądam się ewolucji tej fascynacji z fascynacją i zrozumieniem. No więc jest Superman, Batman, Spiderman, i różni inni manowie czasem wymyślani na poczekaniu. Za tym idzie kolekcjonowanie ubrań z ich wizerunkami. Tak więc może być podkoszulka, koszulka, majtki, skarpetki z superbohaterami założone naraz i gdyby można było, to byłoby dwa razy więcej. Ostatnio Julek mi opowiada o superbohaterach, którzy są na majtkach. I mówi, że to jest Spiderman, a to Batman, a ten o tutaj to Superman. Ja na to mówię, że ten tutaj to nie Superman. Na co słyszę zdecydowany sprzeciw, że owszem to jest Superman. No więc ja broniąc mojej (jedynie słusznej) wizji świata, w którym jest pewne wyobrażenie Supermana powtarzam, że to nie jest on, bo przecież Superman ma niebieski strój z czerwoną literą S na żółtym tle. Na co Julek po chwili namysłu mówi "tak tato bo to jest Superman ale w stroju domowym".


[wróć na początek]