Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



05.01.2012
Eureka # 473038


W czasie przedświątecznej gonitwy przypominającej Wielką Pardubicką, gonitwy po sklepach, po miejscach, po sprawach do załatwienia i zostawionych na ostatnią prawie chwilę, bo przecież kto to wie, no kto to wie, która, jaka i kiedy ta ostatnia chwila będzie, gonitwy między cudzymi pragnieniami, chęciami i własnymi domysłami cudzych gustów, upodobań i oczekiwań . no więc w czasie tej gonitwy wszedłem do Centrum Kopernika.

Wsiąkłem w muzealnym sklepiku pełnym zabaw, gier, układanek i zagadek. Łaziłem między regałami, aż mój wzrok przyciągnęła pewna drewniana układanka. Nie wiem dokładnie co sprawiło, że to akurat do niej podszedłem, może to, że była duża, drewniana, miała śliczne czerwone kulki i krążki z drewna, a ja drewno lubię. W tej układance jest pierścień, który jest nałożony na kołek, w którym jest szpara przez którą przewleczony jest sznurek z naciągniętymi rzeczonymi kulkami i  krążkami. Trzeba ten pierścień ściągnąć z kołka. Po chwili prób upewniłem się u miłej pani z obsługi, że to w ogóle jest do zrobienia. Odpuściłem jednak, bo wydawało mi się, że potrzeba na to czasu. Trochę też nie chciałem robić sobie obciachu przy dzieciakach, że zajmuje mi to tyle czasu, ale na tyle mnie to zaintrygowało, że kupiłem sobie taką układankę pod choinkę.

Pięć dni później, prezenty rozpakowane i na stole stoi układanka. Wszyscy pytają o co chodzi, więc krótko wyjaśniam. Kilka osób próbuje i po chwili wspólnie choć niewerbalnie dochodzimy do wniosku, że to ściema i że się nie da. No ale przecież szanująca się firma, a i sklep w miejscu aspirującym więc nie wciskali by kitu. No więc jadę na wierze, przekonaniu nie wynikającym z doświadczenia czy wiedzy tylko z  jakiejś mglistej przesłanki, że coś jest możliwe choć nikt tego jeszcze (wśród nas) nie widział. Tak jak z wiarą w innych dziedzinach na istnienie tego i owego (lub TEGO i OWEGO) mimo, że nikt nie wie jak to jest naprawdę. np. z ufo, yeti i takimi innymi, prawda?

Następnego dnia na świeżo, gdy poziom glukozy we krwi opadł odsłaniając to co poprzedniego dnia zdążyło się przyćmić, zamulić, ściemnić i zwolnić, siadam ponownie i dochodzę ponownie do wniosku, że się nie da, to nie jest możliwe. Och, jak ja często słyszę to na zajęciach z  Feldenkraisa "tego się nie da zrobić, to jest niemożliwe". Bardzo lubię te reakcje, wiedząc, że w większości przypadków jest to kwestia minut by usłyszeć, że jest to jednak możliwe. Doświadczanie tego "aha" nieodłączne w Metodzie Feldenkraisa, jest wpisane w doświadczanie siebie, w edukację somatyczną, w  trakcie lekcji, w której wędrujemy w krainy nieznane, przysypane pyłem naszej niewiedzy, zapomnienia, często ignorancji.

Trzeciego dnia przespawszy się z tą niemożliwością dwie noce, o poranku nagle pierścień znalazł się w mojej ręce i to oddzielnie od całej reszty. Ojej, pomyślałem a  jednak się (u)dało, a jednak to co niemożliwe jest możliwe, o jak fajnie i w ogóle. Ale radość ze zrobienia zmieszała się nieoczekiwanie z odrobiną rozczarowania. Bo przecież największą frajdę sprawiało to poszukiwanie. Teraz, gdy pierścień jest zdjęty, mogę go w dowolnej chwili założyć lub zdjąć nie towarzyszy temu taka sama ekscytacja, jak wtedy, gdy nie było pewności, nie było jasności ale była ciekawość i chęć rozwiązania zagadki.

Czyż nie podobnie w lekcjach Feldenkraisa największa frajda jest wtedy, gdy nagle zrobimy coś czego przed chwilą jeszcze nie potrafiliśmy, gdy rozwiązujemy tę łamigłówkę, łaminóżkę, łąmirączkę, zagadkę cielesno - umysłową. Bo przecież, gdy już coś potrafimy to powtarzanie tego (ruchu) jest już ćwiczeniem. Feldenkrais powtarzał, że te jego ćwiczenia to nie są ćwiczenia. Bo w ćwiczeniach powtarzamy to co już potrafimy a tutaj poruszmy się, by odkryć nieznane. Choć oczywiście często potrzeba wielu powtórzeń zanim naprawdę będziemy coś potrafić, czuć, wiedzieć i rozumieć na wylot.

A druga sprawa to odkryłem, że zdjęcie tego pierścienia odbyło się metodą prób i błędów wprawdzie ale bez większego zastanowienia, refleksji przez przypadkowe kombinowanie, przekładanie elementów z nadzieją, że coś z tego wyjdzie. Dopiero gdy już potrafiłem uwolnić pierścień zacząłem zastanawiać się do czego poszczególne elementy są potrzebne, do jakiego kolejnego etapu są przygotowaniem i co wyniknie z ich w konsekwencji.

I znów pomyślałem, że często podobnie jest w lekcjach edukacji somatycznej Metodą Feldenkraisa.Szukamy rozwiązania jakiejś ruchowej zagadki i  rozwiązanie często przychodzi jakby z zaskoczenia, znienacka. Dopiero później przyglądając się ruchowi uważnie, analizując, obserwując, czując, czując, czując bo przecież ta wiedza głównie na czuciu, odczuwaniu, zmysłowym doświadczaniu się opiera możemy określić co i jak się naprawdę dzieje. Niekoniecznie, żeby zaraz dlaczego. Ale "co i jak" możemy określić jeśli czujemy co się dzieje. Wtedy wiemy. I wtedy jest prawdziwe "AHA" prawdziwa eureka. Takie doświadczenie niesie ze sobą zmianę odczuwania całości i funkcjonowania w wielu sytuacjach pozornie nie związanych z tym konkretnym ruchem.

W przypadku układanki, jeśliby nie udało nam się jej ułożyć, a raczej rozłożyć zawsze moglibyśmy wysłać 1 Euro do producenta na pokrycie kosztów pocztowych i  dostać rozwiązanie pocztą. W lekcjach Feldenkraisa możemy to 1 Euro zaoszczędzić bo rozwiązanie tkwi wyłącznie w nas samych, w  świadomości, wiedzy i poczuciu tego co robimy. Bo przecież jeśli wiem co robię to mogę robić to co chcę.

I tego życzę na nadchodzący rok. Jak co rok.


20.01.2012
Nauka czytania


Ostatnio pracowałem z osobą, która miała trudności z kontaktem ze sobą, ze swoim ciałem. No właśnie czy możemy rozróżniać kontakt ze sobą od kontaktu ze swoim ciałem. Mówiąc "kontakt ze swoim ciałem" zakładamy, że ciało jest czymś odrębnym, czymś "poza" nami. W metodzie Feldenkraisa staramy się zwracać na to uwagę, choć przyzwyczajenia myślowe i językowe mają swoją inercję i często łapię się sam na tym, że mówię właśnie o kontakcie z ... ciałem.

Wracając do historii, spytałem, gdy stała: "co czujesz"?

"Niewiele" odpowiedziała, "ja w  ogóle niewiele czuję".

Bardzo często słyszę takie słowa. Tak czy inaczej ujęte, oddające stan braku dostępu do siebie, do informacji dochodzącej do naszej świadomości od nas samych.

Mówię więc: "wyobraź sobie plastelinę pod stopami, jaki odcisk zostawiasz prawą i lewą stopą"?

Daję chwilę na oswojenie się z tym pytaniem - zadaniem i poszukanie w sobie odpowiedzi. Skinieniem głową dała znać, że już "wie" - czuje. Widząc, że jedna noga jest bardziej ugięta w kolanie niż druga pytam dalej: "wyobraź sobie, że ściana, która jest przed tobą powoli się przysuwa. Którego kolana dotknie najpierw". Po chwili wyobrażania sobie, wczuwania się w siebie, przetwarzania informacji docierających z  receptorów potwierdza moją obserwację. "A jeśli ściana, która jest za tobą powoli by się przysuwała, którego pośladka dotknęła by jako pierwszego" ciągnę temat dalej widząc, że miednica jest skręcona oraz obserwując, że coraz bardziej jest skupiona na obserwacji siebie i jakby zaciekawiona ilością informacji zjawiających się niby znikąd, całkiem nagle i niespodziewanie. I  znów sytuacja się powtarza, chwila zastanowienia i pojawia się wiedza, samoświadomość w miejscu jej braku.

Po paru obszarach, na które prosiłem by zwróciła uwagę i na które każdy sam bez pomocy może zwrócić uwagę komentuję, że jednak czuje całkiem sporo.

Bo w Metodzie Feldenkraisa my się właśnie tym zajmujemy, czytaniem informacji. To trochę jak nauka czytania. Każdy z nas uczy się czytać pismo w szkole, ale nie uczymy się czytać pisma naszego ciała, nas samych. Być może zakładamy, że tego uczyć się nie trzeba, być może nie uważamy, że to ma jakiekolwiek znaczenie, dla nas, dla naszego życia. Dla większości w ogóle nie ma tematu bo nigdy go nie było i dla wielu prawdopodobnie nigdy nie będzie.

A warto nauczyć się czytać. Te informacje, których uczymy się czytać są wysyłane non stop. Tak jak nadawany jest program radiowy. To że wyłączymy odbiornik nie oznacza, że program nie jest nadawany. Wystarczy włączyć odbiornik, ustawić na odpowiednią częstotliwość i bingo, słuchamy naszego ulubionego programu. Możemy go przyciszyć, możemy wyłączyć całkowicie ale program jest nadawany. Tak samo z nami, nie oznacza to, że musimy nieprzerwanie dopuszczać do siebie nieskończoną ilością bodźców. Ale warto mieć umiejętność ich odbioru i odczytywania.

A na co mi to? Pyta wielu, gdy próbuję czasem przekonywać.

No właśnie, po co?

Po co nam nauka czytania?


11.05.2012
Chłopiec z Płońska i świat do góry nogami*


Idąc jedną z głównych ulic Tel Avivu widzimy przez szybę zdjęcie zajmujące pół ściany. Na nim rozebrany do kąpielówek Ben Gurion na miejskiej plaży stojący . na głowie. Nie wiadomo którą wersję wydarzeń przyjąć, czy to, że pierwszego premiera Izraela namówił do jogi ówczesny premier Indii Jawaharlal Nehru, czy też tę, że to ból pleców sprowadził go do Feldenkraisa. Jakkolwiek by nie było tego letniego dnia 1957 Ben Gurion przed kamerami fotografów stanął na głowie, opowiadając przy okazji, że ta umiejętność, której nauczył go Moshe Feldenkrais, tak naprawdę nauczyła go stać mocno na dwóch nogach. Po tym wydarzeniu zrobiło się głośno o Feldenkraisie. Był tym, który postawił na głowie ich premiera. A to zdjęcie zna każdy w Izraelu.

Oczywiście za stanięciem na głowie kryje się gigantyczna reorganizacja układu nerwowego i mięśniowego, która jest konieczna do utrzymania ciężaru ciała obciążając ten cieńszy koniec kręgosłupa.

Feldenkrais mówi w Amherst (ostatni jego trening) o stabilności. Statyczna postawa, stabilność może być również wyrazem braku podejmowania ryzyka, przywiązania do niezmiennych wzorców.

Mówi (też w Amherst, choć już przy innej okazji) o ptakach, które bez problemów utrzymują się siedząc na drucie, ponieważ nie boją się, że tracąc równowagę mogą stracić życie, bo w dowolnym momencie mogą pofrunąć. Nie mają przywiązania do utrzymania równowagi i dlatego nie boją się jej stracić i z tego powodu też mogą ją bez problemu utrzymać. Dlatego też stania na głowie zaczyna uczyć Feldenkrais od umiejętności lądowania z pozycji świecy, od umiejętności znalezienia się w sytuacji, gdzie opadamy na podłogę i potrafimy sobie z tym poradzić.

Kiedyś po warsztatach zadzwoniła do mnie jedna z uczestniczek i  powiedziała, że po raz pierwszy zdarzyło jej się upaść podczas stania na głowie, a staje już od wielu lat. Przy kolejnym podejściu ponownie upadła. I najbardziej zdziwiło ją to, że nic sobie nie zrobiła, że zrobiła to bez najmniejszych obaw i strachu. Potem, stanie na głowie nabrało nowego wymiaru, jakości, lekkości. Straciła przywiązanie do konieczności utrzymania tej pozycji. Pozbyła się obaw przed upadkiem, stabilność przestała być koniecznością.

Czy stając na głowie odwracamy świat do góry nogami? Choćby tylko na chwilę? Czy przy okazji patrzymy z innej perspektywy? Czy tracimy przywiązanie do utartych szlaków?

Może przekonamy się o tym na kolejnym spotkaniu ewolucji w ruchu. To spotkanie tylko dla wtajemniczonych. Początkujących zapraszam na jesieni.


*Ben Gurion urodził się w Płońsku.


09.06.2012
Koła na śniegu, prawidłowa postawa i obciach w metrze.


W Metodzie Feldenkraisa dużo jest miejsca na orientację w  przestrzeni. Wprawdzie większość czasu poświęcamy tej przestrzeni wewnętrznej, ale i temu co na zewnątrz i co między nami i przestrzenią i przedmiotami na zewnątrz poświęcone jest sporo miejsca.

Często słyszę, że ktoś ma lepsze poczucie siebie w przestrzeni, czuje przestrzeń dookoła inaczej, lepiej, dokładniej, pełniej i tak dalej, bliżej... .

Zimą, gdy wyjadę nad jeziora i gdy są zamarznięte i do tego jeszcze pokryte śniegiem to mam taką ulubioną zabawę. (Choć np. tej zimy moja sąsiadka zza płotu powiedziała, że na sylwestra jeszcze podała stokrotki do tortu noworocznego - to nie o takiej zimie mówię, mimo, że zarówno stokrotki jak i torty bardzo lubię). Idę na jezioro, znajduję dużą powierzchnię, po której nikt jeszcze nie chodził, zamykam oczy i idę z intencją zamknięcia koła (może być kwadrat, cokolwiek) i zatrzymania się miejscu startu. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie. Bo zakreślając koło o promieniu kilku, kilkunastu . kilkudziesięciu metrów, jaka jest szansa, że po zatrzymaniu otworzymy oczy i nasze stopy będą stały dokładnie w miejscu startu. Niezależnie od tego czy nam się to uda, czy nie, ciekawe jest obserwowanie tego czym się kierujemy orientując się w  przestrzeni. Czy kierunkiem, z którego pada światło, czy wieje wiatr, czy liczymy kroki, czy... innymi słowy, gdzie mamy zainstalowany ten wewnętrzny kompas i czy potrafimy czytać jego wskazania, kompas, który naprowadzi nas bez patrzenia do mety, która jest/była startem. Jak się wsłuchujemy w siebie i jakich sygnałów słuchamy i jakie z nich wnioski wyciągamy? I czy Metoda Feldenkraisa może w doskonaleniu tych umiejętności pomóc? Parę razy byłem dość blisko, a raz nawet dokładnie trafiłem. Byłem wtedy bardzo z siebie dumny, by . przy kolejnym powtórzeniu dać totalnie ciała i chybić wiele metrów. Tak czy siak, zabawa zawsze gwarantowana.

Ciała dałem też totalnie przy innej okazji, w warszawskim metrze. To był obciach nad obciachy. Do dziś, gdy o tym myślę dreszcz obciachu przechodzi mnie po plecach. Można by mówić, że to nasze metro to jeden wielki obciach, bo czemu tak późno i czemu tylko jedna linia. Choć z drugiej strony super, że teraz a nie za ileś tam lat, super, że cała linia a nie jakaś tam półćwiartka. Pamiętam moje pierwsze doświadczenia z metrem londyńskim. Bardzo go nie lubiłem. Ale zrozumiałem to dopiero, gdy alternatywnie zacząłem przemieszczać się rowerem. Gdy przyjechałem do obcego mi wtedy jeszcze Londynu i nie znając go poruszałem się po nim głównie metrem, odkryłem, że wchodzę w dziurę w ziemi w jednym miejscu, wychodzę w innym i zupełnie nie mam pojęcia jak miejsce A ma się do miejsca B. Zero wyobrażenia związku między tymi miejscami. To miasto było dla mnie początkowo całkiem dziurawe. Dziura tu, dziura tam i ich okolice a poza tym zupełna niewiadoma. Po jakimś czasie zacząłem te obszary poznawać i wypełniać białe plamy na mapie miasta konkretnymi ulicami, zdarzeniami, zapachami, wrażeniami. Bo ja w ogóle bardzo lubię poznawać miasta. I tak, z czasem miasto stało się coraz bardziej przyjazne, z każdym dniem takiego poznawania czułem się w nim lepiej.

I myślę sobie o lekcjach edukacji somatycznej w Metodzie Feldenkraisa, że każda lekcja pozwala nam na poznanie jakiegoś obszaru, jakiejś części siebie, ciała, umożliwia połączenie jej z inną częścią ciała i połączenie ich w całość w jakimś celowym działaniu. To czego nie znaliśmy, staje się częścią naszego codziennego życia, które przez to staje się bogatsze. Z  każdym nowym ruchem, któremu towarzyszy uwaga i refleksja, zapełniamy białe plamy sobą, rysujemy coraz bogatszą mapę siebie, która pozwala coraz bardziej precyzyjnie się poruszać po labiryncie wydarzeń.

Ale wracając do warszawskiego metra, to mieszkając blisko budowy z  przyjemnością patrzę na maszyny wwiercające się w ziemię torując drogę drugiej tak zwanej nitce. I wtedy będzie już naprawdę super, można będzie pojechać w dowolnym momencie w  dowolnym kierunku pod warunkiem..., że będzie to kierunek wyznaczony oczywiście tymi dwiema podziemnymi kreskami. A stąd jakże już blisko do realizacji definicji poprawnej postawy według Moshe Feldenkraisa. Prawidłowa postawa to taka, która zapewnia nam możliwość ruchu w dowolnym momencie, w dowolnym kierunku z  minimalną ilością ruchów przygotowujących. Strasznie to skomplikowanie może brzmieć na pierwszy rzut ucha, ale chodzi o nic więcej niż to ile ruchów zajmie Ci teraz by zmienić swoje położenie. Czy wystarczy jeden ruch, czy będziesz się gramolić zanim wstaniesz, położysz się, zaczniesz iść... ? Może się wydawać, że to błahe pytanie, ale patrząc na nie z ewolucyjnego punktu widzenia, kluczowe do przetrwania. Zatem, siedząc teraz przed komputerem wyobraź sobie, że jednak przed nim nie siedzisz i nie czytasz tych słów tylko cofasz się 10 tysięcy lat wstecz i  siedzisz przy ognisku grzejąc swoje obolałe od codziennej krzątaniny w jakże swojskiej dziczy, końcówki. I nagle słyszysz coś w krzakach, skałach cokolwiek tam masz dookoła. Coś co wiesz, że nie jest przyjaznym gaworzeniem dzieci wracających z jagodami. Coś co stawia ci włos na skórze, coś co wzbudza twoją czujność do granicy możliwości, wyostrza słuch, węch, wzrok. Bo tu chodzi o przetrwanie. I w takich właśnie sytuacjach, sytuacjach wiecznej niepewności ewoluowała nasza motoryka. Ten kto zareagował najpóźniej był w najgorszej sytuacji. To co oglądamy często w  filmach przyrodniczych o tym jak drapieżniki wybierają bardzo starannie swoją ofiarę spośród stada, było także częścią życia naszych dalekich przodków. I mimo, że to my jesteśmy teraz najniebezpieczniejszymi drapieżnikami, to w niektórych częściach globu taka rzeczywistość jest wciąż codziennością. A więc szybkość reakcji i działania była kluczowa dla przetrwania jednostki. Kto się spóźnił odpadał z gry. I bazując na tym właśnie, Feldenkrais opracował definicję postawy, jakże inną od tej cytowanej w podręcznikach anatomii.

Wyjątkiem jest tutaj lot. Tak, my też latamy, wprawdzie nie za daleko i nie za wysoko ale zawsze możemy choć przez chwilę być w powietrzu. Nie mamy wtedy oparcia podłoża i zmiana kierunku lotu jest niemożliwa. Musielibyśmy najpierw wylądować, by móc odbić się w innym kierunku.

I przy tej okazji mam niezapomniane wspomnienia dotyczące zarówno metra jak i własnych lotów, wzlotów i upadków.

To było na stacji centrum, schody niosą mnie ku peronowi, na którym, słyszę, że stoi mój pociąg. To nie jest wielka sprawa nie zdążyć na pociąg metra, bo następny będzie szybciej niż zwykle potrzeba, ale ja tak mam, że lubię zdążyć, nie lubię jak mi przed nosem drzwi się zamykają. Czasem łapę włożę między uszczelki drzwi i otworzę w biegu. Taki zawzięty bywam. Tak też było i tym razem. Biegnę od schodów słysząc już dźwięk zapowiadający zamknięcie drzwi i odjazd. Odbijam się więc z całych sił i lecę z nadzieją, że nie rozpłaszczę się na zamkniętych drzwiach. Właściwie to już wiem, że się nie rozpłaszczę. Ale . źle wymierzyłem, bo wprawdzie zdążyłem przed zamknięciem drzwi ale poleciałem za wysoko. Kurcze jakie to przewrotne. Na AWF-ie nie dostałem stypendium bo nie skoczyłem wystarczająco wysoko a tu poleciałem za wysoko. Za każdym razem z przykrymi konsekwencjami. Tym razem uderzyłem głową o plastikową obudowę drzwi. Mocną i twardą, tak zresztą jak moja głowa. Huk straszny, sam się go wystraszyłem, spowodował, że wszystkie głowy w wagonie zwróciły się w moją stronę. Udając, że wszystko jest ok a ja jestem cool, wytrzymując ten zmasowany atak wielu par oczu zdałem sobie sprawę, że w całym tym zmieszaniu, poruszeniu, mieszaninie wstydu, że nie mam cela, winy, że zakłócam spokojną podróż, i wewnętrznej obawy, że rozwaliłem sobie porządnie głowę, . niby to od niechcenia, odwracam wiszącą na moim ramieniu torbę, tak żeby nie było widać co jest na niej napisane. Zdarzyło mi się to raz jedyny. To była torba z moim logo i nazwą . "Akademia Świadomego Ruchu". Orientacja w przestrzeni trochę zawiodła, urządzenia pomiarowe nie wymierzyły dokładnie, wdałem się w ruch, który z góry i z dołu skazany jest na ograniczony zakres kontroli, rozharatałem sobie łeb. Taki mój osobisty obciach w warszawskim metrze.

Ale przynajmniej zdążyłem gdzieś, gdzie mi się kompletnie nie spieszyło.

Jak zwykle zapraszam na zajęcia, na których między innymi poprawiamy naszą postawę, orientację w przestrzeni a także zgodę na to, by następnym razem olać poganiająco ostrzegający dzwonek motorniczego.


08.07.2012
Milton Erickson, Moshe Feldenkrais i co ma do tego cyklista w trampkach?


Wielokrotnie na moim treningu słyszałem, że Metoda Feldenkraisa jest podobna w  działaniu do terapii Miltona Ericksona, że to co Erickson robił poprzez słowa, Feldenkrais robił poprzez ciało i ruch. Że w  jednym i drugim przypadku chodziło o wytworzenie nowych wzorców zachowania, stworzenie możliwości wyboru, przy zachowaniu pełnego szacunku dla tych, które dana osoba dokonuje. Wierząc jednocześnie, że wybierze te bardziej sensowne, skuteczne i w życiu przydatne. Nie wiem czy odwoływanie się do terapii Ericksona miało nadać Metodzie Feldenkraisa rangi czegoś lepszego, bardziej wartościowego, bo nie wiem czy na treningach terapii ericksonowskiej porównuje się ją do Metody Feldenkraisa. Wątpię i nie ma to żadnego znaczenia, bo bez porównywania jej do niczego ma ona swoje wyjątkowe miejsce na bogatym panteonie ścieżek rozwoju i radzenia sobie z trudami życia.

Poza tym ogólnym rysem mogącym być wspólną styczną obu metod są jeszcze specyficzne "strategie" czy "techniki", które w obu się stosuje.


Milton Erickson był mistrzem między innymi wyolbrzymiania i przesadnego pokazywania zachowań swoich pacjentów. Po to by uświadomić im, pokazać biało na czarnym co robią. Co oni do cholery jednej robią, bo najwyraźniej sobie z tego do tej pory nie zdawali sprawy i czas najwyższy, by zaczęli jeśli chcą wyjść ze swoim życiem na prostą, lub po prostu lepiej radzić sobie na wirażach. Poproszony był raz o wizytę u pacjentki na oddziale psychiatrycznym, która okaleczała personel (łamała im np. kości, zrywała z nich ubranie, drapiąc dotkliwie i tego typu historie) i demolowała swój pokój, z którą nikt dotychczas nie potrafił sobie poradzić. Na tę okazję ukuł pewien misterny plan. Angażując w to kilka z  pielęgniarek na oddziale psychiatrycznym, nie dość, że pozwolił pacjentce demolować pokój to jeszcze się do tego dołączył, sugerując nowe pomysły i wprowadzając je w życie. Idąc z nią potem korytarzem sam rzucił się na pielęgniarkę i zaczął zdzierać z niej ubranie (to była ta wtajemniczona w plan). Zaskoczona pacjentka, zszokowana zachowaniem doktora sama go powstrzymywała twierdząc, że tak zachowywać się nie można. Przyjrzała się sama sobie z boku i uznała, że tak nie można i  basta. Często przyjrzenie się dokładniej swojemu zachowaniu jako, niejako z boku, wystarcza już by je zmienić.


A jak ma się to do Moshe Feldenkraisa i mojego rozumienia tego czego nauczyłem się od jego uczniów? W lekcjach ruchowych Metody Feldenkraisa, często słyszymy, "poczuj, poczuj co robisz . i  zrób więcej tego co już czujesz że robisz... nie koryguj"..., jeśli jest asymetria to ją powiększ, jeśli coś jest gdzieś bardziej to niech będzie bardziej do potęgi a jeśli czegoś jest gdzieś mniej to niech to mniej będzie jeszcze mniejsze. Takie wyolbrzymianie stanu obecnego pozwala nam uświadomić sobie jak robimy to co robimy. Zaobserwować detale naszego działania. To tak jakbyśmy dźwięk przepuszczali przez wzmacniacz. Jeśli tego nie zrobimy będzie niesłyszalny i nie dotrze do naszej świadomości. A  gdy już odbierzemy sygnały z ciała, uświadomimy sobie co robimy wtedy łatwiej to zmieniać, bo już wiemy z czym możemy pracować. Często zresztą tzw korekta dzieje się mimo naszej woli. Po zaakcentowaniu asymetrii, dysharmonii wracamy do "neutralnego" ruchu, który okazuje się bardziej symetryczny niż na początku.

Pisząc to przypomina mi się pewna historia, której niedawno byłem świadkiem. Było to koło "Żywiciela" na Placu Inwalidów. Facet stał na jezdni i ryczał znaczy mordę darł, trzymając jedną ręką rower zwijał się w egzystencjalnych spazmach pomieszanych (tak to wyglądało) z koniecznością zwrócenia na siebie uwagi. Kopał w powietrze, a chciał pewnie trafić w kierowcę, machał wolną łapą w powietrzu jakby opędzał się od roju os, wyobrażając sobie może, że porywa autobus i rzuca nim o glebę. On, biedny cyklista w trampkach, niewinny i bezbronny użytkownik wspólnego dla siebie i autobusów ciągu komunikacyjnego zwanego jezdnią został prawie rozjechany przez przegubowca. Teraz, gdy ten kolos oddalał się już w kierunku Placu Wilsona byliśmy świadkami wybuchu emocji, bogatej ekspresji i przez chwilę przynajmniej niekończącego się ciągu inwektyw, potoku bluzgów rzucanych za oddalającym się autobusem.

Staliśmy, inni siedzieli w knajpce obok, i patrzeliśmy z zachwytem i trochę niedowierzaniem na ten wybuch szczerego gniewu, prawdziwych emocji tak silnych, że żadne konwenanse i społeczne hamulce nie były ich w stanie powstrzymać.

A ja znam dobrze ten stan, totalnego wkurwienia, złości i takiej adrenaliny przelewającej się przez każdą komórkę ciała wywołany bliskim spotkaniem z autem, autobusem, czymkolwiek, co z  racji na różnicę mas, nie daje ci żadnych szans przy bezpośrednim spotkaniu. Poruszam się rowerem po mieście i wiosce od ponad 25 lat i moją historię bliskich spotkań z glebą i rowerowych kraks rozpocząłem już dawno temu. Zaczęło się od zjazdu na rowerku co miał jeszcze kijek z tyłu po schodach przy kawiarni "Spotkanie" na Żoliborzu. Schody betonowe, długie, betonowy parking na dole. Skończyło się szczęśliwie tylko wstrząsem mózgu, co nie powstrzymało mnie by jeszcze tego samego dnia pójść do cyrku. Potem było tego jeszcze trochę; ruch w lewostronnym Londynie jako kurier rowerowy, mam na koncie wiele lotów i upadków na górskich szlakach i poza nimi, przetrwałem urwanie linki hamulcowej przy zjeździe schodami na Górnośląskiej i lądowanie na masce stojącego na dole samochodu, mam za sobą zderzenie z drzwiami, które się właśnie były otwarły mi naprzeciw, gdy spieszyłem się na trening Aikido. Nadzianie się na drzwi wielkiego amerykańskiego krążownika szos z lat 80'tych nie jest przyjemne. Nie jest przyjemne lądowanie (po dość długim locie) na twardym asfalcie, walnięcie głową, plecami i czym się tylko da z  nadzieją, że jadący za mną samochód zdąży się zatrzymać. (A gdy się zatrzymał metr od mojej głowy to było już bardzo przyjemne). Nie było przyjemne jak z tego samochodu wyszedł wielki amerykański kark i najpierw obejrzał swoje auto, sprawdzając czy mu krzywdy nie zrobiłem.

Krótko mówiąc, jestem obyty w ulicznych utarczkach z samochodami. Wiem, gdzie może czaić się potencjalne zagrożenie i jak go unikać. A  jednak ... za każdym razem, gdy ktoś przejedzie zbyt blisko, otrze się o łokieć, zajedzie, wymusi, naciśnie klakson w niewłaściwym momencie (czyli zawsze), zahamuje za gwałtownie, otworzy drzwi, gdy właśnie nadjeżdżam to za każdym razem się wściekam do imentu. Nie żeby tak znowu zawsze bardzo po cichu, ale zwykle proporcjonalnie mniej w tym ekspresji do wewnętrznego stanu pobudzenia. A mimo to często mi z tego powodu głupio . że krzyknę za takim "ty chuju" albo pokażę mu odpowiedni palec. A  jednocześnie trochę też zazdrościłem cykliście w trampkach, zazdrościłem takiego niczym niepohamowanego upustu wścieklizny, przedstawienia na scenie miejskiego życia ulicznego, pójścia na całość.

I ... dziwna rzecz się wydarzyła później. Bo jednocześnie oglądając to z boku, przyjrzałem się takiej wyolbrzymionej reakcji, na którą ja sam pozwalałem sobie tylko w pewnym ułamku. A jednocześnie chciałbym potrafić zachować większy spokój w  podobnych chwilach. I od razu, gdy to piszę, myślę sobie - ty idioto, co za totalna głupota. Taka sytuacja to przecież nic innego jak chwila zagrożenia życia. Taka chwila to ekstremum, wołające o  ekstremalny wyraz, o wściekłość i zachwyt zarazem, że się i tym razem wywinęło cało, z czym się tu hamować.

I to co zaobserwowałem było bardzo ciekawe bo . moje kolejne bliskie spotkania okazały się spokojniejsze, więcej było w nich dystansu do tego co się właśnie, w danej chwili działo. Działo zarówno we mnie samym jak i do tego co obserwowałem na ogólnie dostępnym miejskim torze wyścigowym, czyli ulicy miasta stołecznego Warszawy. I to mnie bardzo uradowało. ... "na prawo most, na lewo most a środkiem Wisła płynie... ".


27.08.2012
Trzy elementy (w tym dwa brakujące), wyprawa na truskawki do Szwecji i  brak zasad.


Pomysł przyszedł, jak to często bywa sam z siebie, bez zaproszenia, zaskoczył mnie w trakcie ćwiczeń. Był doskonały jak może być wszystko co nieziszczone. Składały się na niego trzy elementy, ślicznie dookoła siebie oplecione jak wątek, osnowa i przestrzeń pomiędzy nimi, ułożone w odpowiednich proporcjach, tworząc coś unikalnego. Pomyślałem, nie przerywając ćwiczenia, że za chwilę się do tego zabiorę, spiszę i zrobię szkic, by nie umknęło i  powoli dojrzewało do swojego ostatecznego kształtu. A teraz, gdy już usiadłem by to spisać uświadamiam sobie, że brakuje mi jednego z trzech elementów, który miał być tym pierwszym, otwierającym, który przecież jeszcze przed chwilą jasno i  wyraźnie miałem w głowie. Elementu, którym to wszystko miało się rozpocząć i bez którego cała ta misterna konstrukcja, którą miałem w głowie traci sens. Właściwie wcale go nie traci bo będąc nieistniejącym pierwszym elementem żadnego wątku nawet nie rozpoczyna. Drugi element i trzeci są i czekają na ten pierwszy i  myślę sobie, że głupio by było, by pozostały w ukryciu, nie zobaczyły światła dziennego wyzierając milionami pikseli z  Twojego ekranu bo ich kumpel zdezerterował, wyfrunął mi z głowy, wyparował, nie stawił się na zbiórkę. Jak to mówił mój chemik w liceum o koledze, który nawiał z lekcji: "wysublimował". Czekają one i ja razem z nimi aż wyjdzie z ukrycia, bym mógł napisać to co miało być takie fajne, odkrywcze, odświeżające jak ciepła bułka z masłem i świeżym pomidorem.

Drugim elementem miała być historia Miśka. Opowiadał o swoim wujku, który wżeniwszy się w rodzinę z ziemią przez trzy lata się jej uczył zanim zaczął coś na niej robić. Ziemia ta bowiem miała aż 30 hektarów w 118 kawałkach. Niektóre skrawki miały nie więcej niż paręset metrów kwadratowych i były pochowane gdzieś pośród pól i łąk innych gospodarzy. Trudno ogarnąć taką przestrzeń rozkawałkowaną, połapać się ile tej ziemi tak naprawdę jest. Podobnie bywa z ruchem, nawet tym prostym, zamiast mieć go w jednym kawałku, umieć go wykreować na nowo za każdym razem jak za przyciśnięciem jednego guziczka w magicznej przestrzeni naszego mózgu, musimy kleić go z wielu fragmentów jak potłuczoną filiżankę, kawałek po kawałku dochodząc do ostatecznego kształtu. Często jeden ruch składamy z wielu kawałków, robimy początek i potem przerwę. Przerwę na zastanowienie się co dalej, przerywamy ciągłą linię naszego zamiaru, chwilowo zawieszamy intencję na haku naszych wątpliwości. Po chwili wracamy do działania, by znów się zatrzymać, zapytać o drogę. Tak jak w  obcym mieście, pytamy się o drogę i słyszymy pierwsze instrukcje, a na koniec "a tam to się już pan dalej zapyta". No i pytamy, stopniowo przybliżając się do celu, szukając tego ruchu w sobie, pytamy samych siebie. Ale i bywa czasem tak jak w obcym mieście, że najnormalniej w świecie nie ma kogo spytać. Ulice puste, znikąd ratunku, wsparcia, żadnego znaku z nieba dokąd zmierzać.

Czasem po prostu trzeba zatrzymać się i czekać. Tak jak wiele lat temu zostawiony na lodzie przez kumpli z wyjazdu na zbiór truskawek w  Szwecji. Wylądowałem sam w obcym miasteczku po drugiej stronie Bałtyku szukając pracy, choć bardziej doraźnie miejsca na nocleg i schronienia, które pozwoliłoby mi poczuć się lepiej w całej tej sytuacji. Idąc więc z ciężkim plecakiem (to były czasy, gdy wszystko - łącznie z prowiantem zabierało się z kraju) przedmieściami Ystad, zmęczony i trochę zrezygnowany, szukałem kempingu, by o poranku na świeżo ruszyć dalej. Nie mając kogo spytać o drogę zatrzymałem się przy skrzyżowaniu, stałem tam w  głębokim zamyśleniu już sporą chwilę i prawie nie zauważyłem, że obok zatrzymał się samochód, a kierowca łamaną angielszczyzną pytał czego szukam. Odpowiedziałem, że szukam kempingu i po chwili wahania dodałem, że tak naprawdę to szukam pracy. Chwilę później jechałem wraz z nim na północ a człowiek miał na imię Rysiek, był Polakiem i miał dla mnie pracę. Było już po jedenastej w nocy, na przejrzystym niebie ciągnęły się jeszcze delikatne różowe pasma chmur, jadąc przez las z rozkoszą wdychałem rześkie powietrze północy. Rozpierała mnie radość, ulga i wiara, że będzie dobrze. Tak nagła odmiana, bo zatrzymałem się w odpowiednim miejscu i chwilę poczekałem. Rozwiązanie przyjechało do mnie samo choć oczywiście wcześniej nie wiedziałem, że to będzie odpowiednie miejsce i że trzeba chwilę poczekać. Na tym też polegał urok tej sytuacji, na jej nieprzewidywalności, zaskoczeniu.

Podobnie dzieje się czasem w lekcjach Metody Feldenkraisa. Gdy szukamy ruchu w sobie i trudno nam go odnajdujemy, wtedy warto się zatrzymać. I  nawet nie po to żeby zawsze trzeba było jakoś szczególnie się zastanawiać i szukać rozwiązania. Czasem po prostu trzeba poczekać i nic nie robić.

Pisząc to co powyżej nie opuszczała mnie nadzieja, że pierwszy element ułożonej pięknie w głowie wcześniej układanki odnajdzie się w  zakamarkach mojej pamięci, jakoś da o sobie znać. Choćby gdzieś z daleka, cichym, ledwie słyszalnym głosem. Tak jak grzybiarz, zagubiony w lesie, którego głos nagle słychać, a my w  nieokreśloną dal odpowiadamy głosem, nasze głosy gdzieś się spotykają, splatają wśród drzew przesłaniających widok. Dźwięk ma tu przewagę nad wzrokiem. Hop hop, następuje po hop hop w innej tonacji.

Ale jednak nie, nic z tego. Pierwszego elementu wciąż brak, zagubił się na dobre i błąka się gdzieś w labiryncie nerwowych szlaków. Uparł się pozostawać w ukryciu, więc nie wyciągnę go teraz, choćbym się nie wiem jak starał, mimo, że starałem się starać bardzo niewiele.

Pozostał więc drugi element, który tu wykorzystałem a trzeci bez obecności pierwszego w ogóle stracił sens. I tak wyszło z tego coś zupełnie nieoczekiwanego, nieprzewidywalnego nawet dla mnie samego niż to co miałem zamierzone na początku.

I znów nasuwa mi się porównanie do lekcji edukacji somatycznej, gdzie tak często nasze zmysłowe i ruchowe ścieżki prowadzą nas w  zupełnie inne miejsca niż nam się wydawało, że powędrujemy. I  myślę sobie, że jak ja mogę mówić uczestnikom zajęć (choćby tym jeszcze zastanawiającym się czy tymi uczestnikami chcą zostać) czego mogą się spodziewać, na co liczyć, gdy każda lekcja jest po trochu jak ta opowiastka. Zaczynasz z jakimś pomysłem tego co chcesz w takiej lekcji (czy też przez taką metodę) osiągnąć a  kończysz zupełnie gdzie indziej, gdzieś gdzie znaleźć się nie planowaliśmy.

I warto pamiętać, że ta uwaga dotyczy naszego bezpośredniego, subiektywnego doświadczenia siebie w lekcji. Bo poza tym, albo przede wszystkim każda lekcja służy nabyciu nowej umiejętności, uświadomieniu sobie czegoś nowego i to jest w większości wypadków osiągane, jest wymierne i możliwe do opisania i zwykle podobne dla każdego.

No i można by spytać, czy są tu jakieś reguły? Stałe punkty, na których można się oprzeć, odsapnąć w zmęczeniu, poszukując kierunku. Oczywiście, że są. Choć z drugiej strony nie od parady Moshe Feldenkrais wciąż powtarzał: "że naszą podstawową zasadą jest brak zasad".

[wróć na początek]