Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



04.05.2011
Moshe Feldenkrais, Margaret Mead i Rolls Royce


Odwiedzili nas ostatnio znajomi ze swoim 7 miesięcznym, uroczym synkiem. Bardzo śliczny, dorodny, zdrowy, uśmiechnięty i w ogóle cacy. I popatrzcie jak ładnie już potrafi . chodzić. I następuje demonstracja chodu. Dzieciak trzymany pod pachy i wychylany w przód i na boki, nie ma za bardzo wyboru niż zrobić krok do przodu. Więc ja dyskretnie badam grunt, żeby nie urazić rodzicielskiej dumy, bo też nie znamy się za dobrze. Mówię po chwili, że z tego co wiem, to nie jest najlepszy moment na chodzenie, że kości i stawy, nie są gotowe i żeby pozwolić dziecku we własnym, niewymuszonym tempie sobie do tego wszystkiego samemu dojść. I jeszcze po drodze okazuje się, że dzieciak nie chce raczkować, że się przy tym piekli i raban podnosi, no wiec tym bardziej się go na ręce bierze i do pionu stawia.

Jest taka ładna historia o Feldenkraisie i Margaret Mead znanej pani antropolog, która robiła pionierskie badania w krajach dalekich. Rzecz dzieje się w nowojorskiej restauracji, gdzie spotykają się Robert Masters z Jean Houston oraz Moshe Feldenkrais i Margaret Mead. Było to pierwsze spotkanie Feldenkraisa z Mead. Podczas ożywionej rozmowy Margaret Mead pyta Feldenkraisa czy przypadkiem nie ma jakiegoś pomysłu na wyjaśnienie pewnego zjawiska, które zaobserwowała na jednej z odległych wysp Pacyfiku. Mianowicie, mężczyźni z jednego plemienia bardzo dobrze zbudowani i świetni myśliwi, za nic w świecie nie potrafią nauczyć się jakiegoś fragmentu tańca, którego Margaret Mead chciała ich nauczyć. Chodziło zdaje się o podskakiwanie na jednej nodze z unoszeniem przeciwnej ręki. Proste jak budowa cepa, spróbuj sam/a i przekonaj się, że nie trzeba być olimpijczykiem by załapać o co chodzi. A jednak w tej grupie niewykonalne. No więc, pytanie było skierowane do Felddenkraisa, znawcy nad znawcami od ludzkiej motoryki. Na to Moshe proponuje, że prawdopodobnie jakiś etap rozwoju ruchowego został pominięty w tej grupie, choć nie wie jaki, no bo przecież to nie on tam był. Na co olśniona geniuszem Moshe Feldenkraisa Margaret Mead, mówi, że faktycznie, że tylko gdy chłopcy w tym plemieniu osiągają wiek raczkowania to . nie pozwala im się na to. Bierze na ręce i nosi do czasu aż będą w stanie stanąć na własnych chwiejnych jeszcze nóżkach. A dlaczego taka heca? Otóż w tym plemieniu panuje takie przekonanie, że jeśli chłopiec będzie dotykał ziemi wszystkimi czterema końcówkami, czyli tak jak ma to miejsce w pozycji na czworakach i podczas raczkowania to . zadomowią się w jego ciele duchy leśnych demonów. Brrrrr, straszna rzecz i lepiej do tego nie dopuścić i na rękach trzymać.

Szczęśliwie, wiedza poszła naprzód i czemu by z niej nie skorzystać. Pozwolić dzieciakom raczkować, zachęcać do tego, stymulować, a jak nie wiemy jak, to do fizjoterapeuty po nauki w te pędy gnać póki nie jest za późno.

Bo tak to już jest, że nasz układ nerwowy dojrzewa, rozwija się, kwitnie poprzez doświadczenie. Poprzez stymulację sensoryczną i motoryczną. Pozbawienie, ominięcie niektórych etapów rozwoju motorycznego może nieść za sobą późniejsze problemy ruchowe, z nauką, dolegliwości bólowe i tak dalej i tak bliżej.

Feldenkrais opowiadał o częstych przypadkach, gdy przyprowadzano mu dziecko na terapię, a on od razu potrafił powiedzieć, że jest to pierwsze dziecko. Bo właśnie najczęściej te pierwszaki są oczkiem w głowie, są stawiane przedwcześnie, noszone za często zamiast pozostawione na podłodze by mogły samemu odkrywać ruch, relację z podłożem, z siłą grawitacji, z równowagą i tak dalej. I z tej ingerencji właśnie wynikają problemy, z którymi dzieci trafiały w ręce Feldenkraisa. I trafiają nadal w ręce szerokiej rzeszy wykwalifikowanych fizjoterapeutów, czy nauczycieli Metody Feldenkraisa.

A Ci z Was, wytrawni, wytrwali feldenkraisowicze dostrzegacie zapewne w wielu lekcjach poszczególne etapy z rozwoju sensoryczno - ruchowego. Jest całe mnóstwo lekcji, które do poszczególnych etapów naszego własnego rozwoju nawiązują. Bo, jak się okazuje na taki rozwój nie jest za późno. Te niedokończone etapy, te niewykształcone reakcje i wzorce ruchowe, te niedoceniane, ale jakże twórcze nicnierobienie i wałkonienie się na podłodze właśnie między innymi temu służy, by dopełnić dzieła tak przemyślanego przez Naturę, a niestety często zaniedbywanego i niedocenianego.

Pisze o tym teraz między innymi dlatego, że sam od paru miesięcy jestem świeżo upieczonym rodzicem po raz pierwszy, więc temat ten szczególnie i bardzo osobiście mnie interesuje. I niedawno, podczas moich feldenkraisowych poszukiwań natknąłem się na wywiad z Feldenkraisem, w którym pada takie oto pytanie:

"Jaką rolę odgrywają rodzice w tym, kim staną się ich dzieci?

Cóż mogę powiedzieć? Jeśli nie mielibyśmy rodziców, wszystko było by z nami w porządku. Ale jeśli się nad tym zastanowić to okazuje się, że większość rodziców jest jednak całkiem dobra. Każdemu zdarzy się parę razy postąpić z dziećmi niewłaściwie, zrobić coś źle. I zwykle rodzice nie robią tego celowo. Rodzice sami mają niepoukładane w wielu kwestiach, bo ktoś wcześniej postąpił z nimi niewłaściwie.

No ale, ile rzeczy może matka źle zrobić ze swoim dzieckiem? Czy też powiedzieć dziecku? "Uważaj", albo "Nie rób tego głuptasie" i tym podobne. Może popełnić, no ile, może z piętnaście błędów. Ale czy zdajesz sobie sprawę czego potrzeba by wychować dziecko? By utrzymać je do wieku dwudziestu lat? Ile nieprzespanych nocy spędziła matka z takim dzieciakiem, który, to ssie kciuk, to ząbkuje, to ma biegunkę czy inne choroby dziecięce? A ona sobie z tym poradziła, do szkoły posłała, ubrała i tak dalej. Nawet jeśli ma się złych rodziców to tego zła jest nie więcej niż jeden procent tego co robią dobrze. Choć z drugiej strony ten jeden procent może być jak łyżeczka piasku dosypana do baku Rolls - Royce'a. Taka łyżeczka może popsuć Rolls - Royce'a. Tacy są rodzice. "

A ja myślę sobie i mam taką nadzieję, że uda mi się nie wykroczyć poza ten, jakże symboliczny jeden procent, czy też łyżkę piasku wsypaną do baku Rolls Royce. A jeśli już, to pocieszam się, że mamy jeszcze Metodę Feldenkraisa.

Post scriptum.

Kilka miesięcy później odwiedziliśmy znajomych od nieraczkującego malca. I co widzimy? Maluch pięknie raczkuje. Zapytana o tę zmianę mama mówi: "Wyobraźcie sobie, że byliśmy u lekarza, który powiedział, żebyśmy absolutnie go nie stawiali dopóki nie będzie gotowy i żebyśmy go zostawiali na ziemi i pozwolili mu raczkować. Początkowo się strasznie denerwował ale potem się przyzwyczaił i teraz przemieszcza się głównie na czworaka".

No i taka to historia. A ja sobie pomyślałem, że nie ma to jak autorytet lekarza.


26.05.2011
Jim Brandenburg i Pan Kuleczka
czyli mała rozprawka w temacie, tak ostatnio popularnego Mindfullness


Jim Brandenburg jest fotografem mającym na koncie wiele zleceń dla magazynu National Geographic. Znany jest między innymi z pięknych fotografii wilków. Mieszka na północy USA w stanie Minessota przy granicy z Kanadą, w rejonie zwanym Boundary Waters Canoe Area (BWCA). Żyjąc w tak pięknym i dzikim rejonie ma wiele okazji do fotografowania przyrody. Będąc fotografem National Geographic ma również niczym nie skrępowane możliwości, by realizować swoje wizje. Teraz w czasach fotografii cyfrowej, gdy na małym kawałku plastiku z drucikami można zmieścić tysiące zdjęć, nie ma to już takiego znaczenia. Ale jeszcze nie tak dawno temu, gdy ilość zdjęć była ograniczona ilością klatek na filmie, posiadanie nieograniczonej ilości materiałów było luksusem, na który nie wielu było stać. A fotografowie National Geographic byli szczególnie rozrzutni. Mniej więcej jedno zdjęcie na tysiąc zrobionych było publikowane. Czyli jeśli w artykule pojawiło się 10 zdjęć to znaczyło, że taki fotograf zrobił średnio około 10 tysięcy zdjęć.

Pewnego pięknego roku Jim Brandenburg postanowił narzucić sobie ograniczenie. Ograniczenie, które jak później określił, okazało się najtrudniejszym fotograficznym przedsięwzięciem jakiego się podjął. Mianowicie, w miesiącach, gdy nie miał żadnych fotograficznych zobowiązań, postanowił, że przez trzy miesiące, a dokładnie przez 90 dni zrobi nie mniej i nie więcej ale dokładnie 90 zdjęć. A dokładnie jedno zdjęcie dziennie. To znaczy, że naświetli jedną klatkę dziennie, raz dziennie naciśnie spust migawki.

No i co zrobić, gdy już z samego rana pojawia się piękna scena godna uwiecznienia, jeśli chwilę lub kilka godzin później może pojawi się coś o niebo piękniejszego ale klatkę na ten dzień będzie miał już wyczerpaną. Lub też sytuacja przeciwna, gdy dzień ma się już ku końcowi a tu żadnej okazji, sytuacji, która była by godna tej jednej klatki przeznaczonej na ten właśnie a nie kolejny dzień.

Jim opisuje to zlecenie jako najbardziej dla siebie wymagające. Z jednej strony minimalistyczne bo chodzi tylko o jedną klatkę dziennie. Z drugiej strony ekstremalne i maksymalistyczne jeśli chodzi o skupienie i decydowanie czy wyzwoli migawkę we właściwym momencie. Ogromne ograniczenie, czy ogromne poczucie wolności? Czy ta jedna klatka to tylko, czy aż jedna klatka? Czy ta jedna decyzja okaże się właściwą czy chybioną.

I myślę sobie czasem o tej historii ćwicząc lekcje ruchowe Metody Feldenkraisa. Gdyby tak na przykład robić lekcję i dać sobie na dany ruch tylko jedno powtórzenie. Z jaką uważnością byśmy wtedy do takiego ruchu podchodzili, jak długo celebrowali - cerebrowali decyzję czy ruszyć się w takim kierunku, czy może innym, czy z taką intensywnością czy inną. Jak długo byśmy taki ruch przed jego ostatecznym wykonaniem - wszakże mamy na niego tylko jedną próbę - sobie wyobrażali, robili w myśli, delektowali się przestrzenią pomiędzy wyobraźnią a rzeczywistością fizyczną. Czy była by to fizyczna manifestacja " W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta?

Czy też jak napisała Emily Dickinson: "Dwell in possibility". Czyli - zamieszkaj (może - rozgość się) w przestrzeni możliwości.

Oczywiście w Metodzie Feldenkraisa powtórzenia są ważne. Bo po pierwszym powtórzeniu mamy informację sensoryczną o tym co się wydarzyło i konfrontujemy to z tym co zamierzaliśmy. Jeśli to co robimy nie przybliża nas do zamierzonego rezultatu, wtedy próbujemy czegoś innego. Jak w zabawie w ciepło i zimno. Jeśli to co robię nie działa to tak jakbym słyszał "zimno" i próbuję innego kierunku aż usłyszę "ciepło" i poczuję "ciepło" i doświadczę "ciepło". Zatem powtórzenia pozwalają nam poprzez przybliżenia dojść do poszukiwanego optymalnego ruchu.

Ale gdyby nawet w tej większej ilości powtórzeń, dać sobie czas i zgodę na taką celebrację jakby ten ruch miał być pierwszym, ostatnim i jedynym. Czy mam w sobie tyle samodyscypliny, by do każdego ruchu podejść w ten sposób?

Jim Brandenburg zrobił w 90 dni 90 zdjęć i wydał przepiękny album pod tytułem "W pogodni za światłem. 90 dniowa podróż" oddający niepowtarzalny klimat pogranicza USA i Kanady. Nazwał to najtrudniejszym swoim zleceniem. I to zleceniem, które zlecił sobie sam. Czy my, możemy zlecić samym sobie taką dyscyplinę praktyki przesyconej uważnością, z której wynika przekonanie o właściwej decyzji.

Oraz zgoda także na to, by podjąć niewłaściwą.

Bo czyż nie jesteśmy panami własnych decyzji, ale także ich niewolnikami?

A ostatecznie, powiedzenie Pana Kuleczki, który mawiał: "po co gotować źle, skoro gotowanie dobrze zajmuje tyle samo czasu", można przenieść na nasz grunt. Mogło by ono brzmieć mniej więcej tak: "po co ćwiczyć nieuważnie, skoro ćwiczenie uważnie zajmuje tyle samo czasu".

Oczywiście słowo "ćwiczyć" można zastąpić dowolnym innym np "leniuchować", "jeść", "kochać", "bąki zbijać", "biegać" albo, dajmy na to słowem "żyć".


21.06.2011
Pęknięty światopogląd, prawda o sobie, hipopotamy na plaży w Gabonie i Metoda Feldenkraisa.


Mój kolega z harcerstwa mawiał kiedyś "coś mi pękło, robię ogląd. A to pękł mi światopogląd". Kolega teraz wypowiada się często w polskim radiu na tematy, które nie do końca rozumiem, ale to zdanie z dawnych wspólnych harcerskich lat pozostało mi w pamięci. I wydaje mi się, że bardzo pasuje do tego co w Metodzie Feldenkraisa robimy. Mianowicie, robimy lekcję lub wiele lekcji i coś w nas się dzieje, może zmienia, może nawet... pęka, coś nowego powstaje, tworzy się nowa jakość postrzegania i działania. Choć może nawet tego jeszcze nie wiemy a jak wiemy to czasem nie wiemy jeszcze co dokładnie. Nie wiemy być może gdzie, jak i czego szukać, gdy to się dzieje, ale czujemy, że coś jest inaczej. Więc robimy ogląd. No i może sie okazać, że pękł nam na przykład światopogląd.

A jak i co i w ogóle o co chodzi to zaraz wyjaśnię.

Moshe Feldenkrais rozpoczyna swoją książkę "Świadomość poprzez ruch" takimi oto słowami: " Działamy zgodnie z obrazem samego siebie". Mocne stwierdzenie. Choć nie od razu i być może nie do końca wiadomo o co chodzi. Ale spróbujmy się temu przyjrzeć.

Jeżeli mam jakieś wyobrażenie o sobie, noszę w sobie jakąś prawdę o sobie, prawdę, której nie odważam się p-od-ważyć, nawet mi myśl po zwojach nerwowych, moich własnych nie przemknie, że można inaczej o sobie pomyśleć, to będę działał w taki sposób, by utwierdzić się w tym przekonaniu. Każdym zachowaniem potwierdzę tę prawdę o sobie, w którą wierzę i która niezachwianie ostoją mojej tożsamości jest. Koniec kropka.

Rozmawialiśmy ostatnio sporo z Honoratą o Jej Kluczu. Tak jak to rozumiem to jest Jej określenie na prawdę o sobie i należy pamiętać, że chodzi o pewne fragmenty prawdy o sobie, które złożone do kupy składają się na pełniejszy obraz samego siebie. No więc Honorata, praktykująca od wielu lat Aikido, ma pewne wyobrażenie o sobie, niezachwiane i tak mocne jak ta lokomotywa, która ciągnie pociąg, którym właśnie jadę do Wrocławia pisząc te słowa. Klucz - prawda, w Jej przypadku dotyczy wyobrażenia o zgięciu kręgosłupa, tego, że w pewnych ruchach kręgosłup się nie zgina, ba, on w ogóle się u niej nie zgina. Ale jak spojrzeć jak Honorata robi ukemi, czyli przewrót w przód, który jest konsekwencją lub zakończeniem wielu technik w Aikido, to po prostu aż miło popatrzeć. Płynny ruch, tak jakby po podłożu toczyło się idealne koło, bezszelestnie z jasnym kierunkiem wytyczonym już od samego początku ruchu. Do tego ruchu w oczywisty sposób potrzebne jest zgięcie kręgosłupa. Bo przy prostym kręgosłupie, w tym ruchu on by się po prostu połamał. Zresztą koło wymyślono właśnie po to by . mogło się toczyć. Ale mimo to, Honorata wierzy, że jej kręgosłup się nie zgina, nawet jeśli intelektem swoim wie, że się zgiąć musi skoro robi taki ruch. Taka prawda jest wynikiem między innymi wieloletniego treningu, powielania, utrwalania, utwierdzania się w tym co wydaje nam się właściwe. Aż tu nagle coś pękło. Pojawiła się rysa na Kluczu, czy prawdzie dotyczącej prostego kręgosłupa. Stopniowo, poprzez przyglądanie się sobie, analizowanie i czucie, czucie i interpretowanie tego co się czuje i znów czucie, pewne prawdy o sobie zaczynają się chwiać. I do odważnych świat należy by pozwolić sobie na to, by dotychczasowe prawdy przeszły do historii i stały się miłym wspomnieniem ścieżki swojego rozwoju.

Jak bardzo każdy z nas jest przywiązany do swoich prawd o sobie, to każdy może już sobie odpowiedzieć sam.

A propos naszych prawd i wyobrażeń to przypomniała mi się historia o wyprawie w poprzek Afryki dwóch badaczy z National Geographic. Podróżowali przez centralną Afrykę do wybrzeży Gabonu, by zebrać materiały, które miały przekonać rządy państw przez, które szli do utworzenia na tych terytoriach parków narodowych. Droga trwała 18 miesięcy przez gęsty las, góry, bagna. Nie były to wczasy w Dębkach. No i do takiej wyprawy potrzebowali tragarzy. Tych rekrutowali z plemion żyjących na terenach, przez które szli. I ciekawa rzecz się wydarzyła przy okazji. Otóż okazuje się, że człowiek żyjący w buszu nie zna pojęcia linii horyzontu. Po prostu w ich wyobrażeniu o świecie coś takiego nie istnieje. Coś co każdemu z nas jest znane, bo każdy z nas był na polu, łące, brzegu morza, szczycie góry i tak dalej, gdzieś gdzie możemy oprzeć wzrok na linii horyzontu jak na półce. Ale taki buszmen nie ma takiego doświadczenia. Największa przestrzeń jakiej w swoim życiu doświadcza to polanka śródleśna czy też przestrzeń oddzielająca dwa brzegi rzeki. Linia horyzontu nie jest częścią wyobrażenia o świecie.

No więc wyprawa dobiega końca. podróżnicy docierają do ogromnych, szerokich, dzikich plaż u wybrzeży Atlantyku. A co robią tragarze jak tylko wychodzą spośród znajomego gąszczu lasu na plażę? Porzucają cały bagaż i uciekają z powrotem do lasu. Czemu? Bo się boją. A czego? Bo właśnie doszli do końca świata. Wyszli na plażę, zobaczyli, że dalej nic nie ma, że to co widzą urywa się i że nie ma nic dalej i pomyśleli, że to koniec świata i w tym przestrachu uciekli. Wcale im się nie dziwię. Nie wiem jak zachowałbym się, gdyby na moim światopoglądzie pojawiło się takie pęknięcie. Nie wiem czy zachowałbym spokój wodza, spokojny oddech i chłodne czoło robiąc ogląd tego co się dzieje, czy też zwiewałbym ile sił w nogach, nie będąc gotowym na taką konfrontację.

W lekcjach edukacji somatycznej, które praktykujemy w Metodzie Feldenkraisa, gdy w naszym wewnętrznym światopoglądzie, naszym wyobrażeniu o sobie pojawia się pękniecie, wtedy stopniowo robimy ogląd - przegląd, weryfikujemy go z tym co czujemy, z tym co widzimy, myślimy. Czasem dopuszczamy to nowe postrzeganie do siebie łatwiej, a czasem nie tak znowu łatwo. Czasem w ogóle, nie pozwalamy sobie na najmniejsze pęknięcie w bezpiecznym swoim świecie. I wtedy zwykle nie wracamy na zajęcia (czy terapię, czy odrzucamy przyjaciela, który powiedział nam kawałek prawdy zbyt ciężkiej do udźwignięcia w tym momencie... itd.) albo odrzucamy ten aspekt Metody pozostając wyłącznie przy jego gimnastycznych aspektach.

Ale jeśli już pozwalamy sobie na obserwację tych pęknięć w wyobrażeniu siebie, zaakceptujemy je, to wtedy, nowemu wyobrażeniu o sobie pojawia się nowa jakość działania.

Od uczestników zajęć słyszę równie często komentarze typu: "wiesz, przestało mnie boleć", "wiesz czuję, że zaczęło się ruszać to co się nie ruszało wcześniej", "wiesz mój kręgosłup się jednak zgina" . jak również wypowiedzi typu: "wiesz, czuję się odważniejszy", "wiesz, po tych zajęciach podjąłem ważną decyzję, z którą zwlekałem długo", "wiesz, zrobiłem coś co zawsze chciałem ale się nie mogłem zebrać" . . I jestem przekonany, że jedno i drugie jest ściśle ze sobą powiązane, tak ściśle, że nawet nie powinno się używać słowa powiązane bo samo to słowo zakłada rozdzielczość. A w Metodzie zakładamy, że tej rozdzielczości w ogóle nie ma.

Nie mam wątpliwości, że Metoda Feldenkraisa zmienia nasz własny obraz samych siebie i, jeśli wierzyć Feldenkraisowi - a nie mam powodów, by nie wierzyć - to ta zmiana przeniesie się na to jak działamy, czujemy, postrzegamy, żyjemy.

A na tych plażach w Gabonie były jeszcze hipopotamy, które surfowały na falach. No, na prawdę, słowo daję, widziałem na filmie. Piękny widok. W życiu bym nie pomyślał, że to możliwe.



[wróć na początek]