Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



22.03.2011
Lody, zmysły, bycie idiotą i Metoda Feldenkraisa (oczywiście).


Gdy jadę w nowe miejsce, to w informacji turystycznej (bądź na ulicy) poza pytaniami o ciekawe miejsca, wydarzenia, rzeczy do zobaczenia i  zrobienia, pytam o najlepsze w mieście . lody. Podróżuję lodowym szlakiem. Po prostu bardzo lubię lody. Od zawsze. Ok? Tak już mam.

Gdy miałem 8 lat (mieszkaliśmy wtedy z rodzicami w Bagdadzie w Iraku, gdzie mój tata pracował na kontrakcie) w ramach wycieczki szkolnej poszliśmy na wycieczkę do fabryki lodów włoskiej firmy - Gelati Motta, pamiętam to do dziś. To wydarzenie mocniej zapadło w  zakamarki mojej pamięci niż większość późniejszych wycieczek ze szkołą np. do zabytkowych miejsc. Wiele lat później założyłem klub miłośników poprawnych lodów. Spotykaliśmy się regularnie. Pod pretekstem jedzenia lodów oczywiście. Do dziś moja pasja do lodów nie słabnie.

By mojej kulinarnej pasji nadać bardziej konstruktywny charakter kilka lat temu nabyłem maszynę lodów, no i . kręcę. Czasem wychodzi mi to dobrze, a czasem nie wychodzi w ogóle. Mam kilka fantastycznych przepisów. I chętnie dzielę się efektami ze swoimi znajomymi. Zdarza mi się usłyszeć komplement: "oj są wyśmienite, smakują zupełnie ... jak te ze sklepu".

CO????? !!!!!! Ze sklepu ????? I buntuję się wewnątrz bo "wiem", że wcale nie smakują jak te ze sklepu. I zastanawiam się, czy nie czuć, że w środku są prawdziwe jaja (w dodatku ekologiczne), a  nie jakieś jaja w proszku. Że jest śmietana, że nie ma tu zagęszczaczy, stabilizatorów, emulgatorów, środków zmiękczających, upiększających i upamiętniających to niezwykle zwykłe wydarzenie jakim jest konsumpcja kupnej gałki lodów. Niektórym nawet bardziej smakują lody truskawkowe zrobione z  jakichś sztucznych aromatów i mleka sproszkowanego niż te, gdzie do zmiksowanych truskawek dodaje się jaja i śmietanę i po zmrożeniu, według mnie otrzymuje się kwintesencję smaku.

Ale jednocześnie staram się zrozumieć i godnie przyjmuję komplement. Godzę się z tym, że z gustem się nie polemizuje. Jednemu smakuje jedno a drugiemu coś innego. Tu nie ma miejsca na dyskusję.

Ale to co mnie intryguje to to, jak kształtujemy w sobie smak, jak kształtujemy nasze zmysły. I sposób postrzegania świata. Również tego smakowitego.

I zdumiewa mnie także fakt, że często, po prostu nie rozróżniamy. Być może mamy skrzywione smaki. Nie czujemy co jest w środku. Mnie dotyczy to tak samo jak wielu. To trochę tak, jakby wsłuchać się w grę orkiestry i wyłapywać z całego bogactwa dźwięków, brzmienie poszczególnych instrumentów. Dla muzyka, który tym żyje, to pestka, do tego będzie wiedział, czy nuta zagrana była właściwie czy nie. Ale dla laika, który po prostu lubi słuchać muzyki nie jest to takie proste. Ale jest to do wyćwiczenia. Ja też mogę się nauczyć tego, jak słyszeć poszczególne instrumenty. To kwestia praktyki. A ta, jest kwestią chęci, motywacji i decyzji.

Ale ja przecież jestem magister od fikołków, więc winno być o ruchu. No właśnie, jest z ruchem? I co ma do tego Metoda Feldenkraisa? Często na zajęciach pojawia się pytanie: "Skąd mam wiedzieć, że ten ruch, który teraz robię, ten nowy ruch, który odkryłem jest lepszy lub gorszy od tego, do którego jestem przyzwyczajony". Przecież często jest tak, że ruch, który jest mi znany, a także i ja, jestem jemu znany, wydaje mi się najbardziej komfortowy, łatwy. Jeśli proszę na zajęciach, by poszukać innego ruchu, poeksperymentować, doświadczyć nowego, jednocześnie szukając tego najbardziej komfortowego, to często właśnie ten znajomy wydaje się najbardziej komfortowy. W takim przypadku logicznie było by pozostać przy tym co znajome.

Mimo, że mechanicznie nie musi to być ruch najbardziej optymalny. Ale odczuwamy go jako najbardziej komfortowy, bo jest nam najbardziej znany (tak jak często, najbardziej smakuje nam to do czego nasze kubki smakowe przyzwyczailiśmy, co nie znaczy, że jest to dla nas najlepsze). I tu pojawia się dylemat. Jeśli uznamy, że to co najbardziej komfortowe jest dla nas najlepsze to idąc tym tropem utrwalam to, co do tej pory robiłem, nawet jeśli na dłuższą metę mi to nie służy. (O tym jak przerwać to błędne koło, powtarzania tego, co nie jest optymalne, zapraszam do lektury jednego z poprzednich artykułów do znalezienia w "przebieralni").

I tu pojawiają się co najmniej dwie kwestie.

Jedna to poszukiwanie ruchu mechanicznie optymalnego, podyktowanego naszą strukturą. Mam tu na myśli między innymi kształt powierzchni stawowych, które określają zakres i kierunek ruchu, proporcje ciała, kierunki wektorów sił z jaką mięśnie oddziałują na kości i tak dalej. Feldenkrais w którymś momencie mówi o tym, że ruch optymalny to taki ruch, który będzie postrzegany, odczuwany przez każdego jako optymalny, to ruch, który każdy uzna za najłatwiejszy. Optymalnie wykonany ruch u każdego będzie wyglądał tak samo, albo prawie tak samo, ponieważ jest podyktowany naszą strukturą, która jeśli nie jest zniekształcona to u większości mieści się w pewnych ramach podobieństwa.

A druga kwestia to poszukiwanie różnorodności ruchu, ekspresji ruchowej nawet jeśli jakiś ruch jest daleki od optymalnego mechanicznie.

Bo jeśli na co dzień będę poruszał się zgodnie z wymogami struktury, równomiernie obciążał szkielet, nie przeciążał mięśni i innych tkanek miękkich, oddychał swobodnie to mam szansę na to, by struktura służyła mi przez całe życie bez większych problemów.

Ale życie wymaga nie tylko poprawności i optymalności. Jeśli dana sytuacja, potrzeba chwili, czy to z konieczności zewnętrznej, czy to z ochoty własnej, skłoni mnie do wyrażenia się w sposób, który wymaga ode mnie mechanicznie karygodnego ruchu, to dobrze jest mieć również i do takiego ruchu dostęp.

Oczywiście ideałem byłoby, aby wszelki ruch nawet ten nagły, wymuszony potrzebą chwili, czy chucią wewnętrzną wykonać w sposób mechanicznie sensowny, wydajny i w ogóle cacy. I w lekcjach Metody Feldenkraisa szukamy tego naszego indywidualnego i zbiorowego optimum ruchowego, odkrywamy to, co przez naturę dane nam jako naturalny i harmonijny ruch. Jednocześnie uwalniamy się od niepotrzebnych napięć, które mogą stać na otwartej drodze do naszej spontaniczności i dowolnej ekspresji ruchowej, cielesnej i każdej innej takoż, no bo czemu by nie.

A wracając do smaku to niedawno czytałem wywiad z Agnieszką Kręglicką, która mówi między innymi o tym jak kształtować smak, jak uczyć dzieci rozpoznawania tego co w jedzeniu dobre. Mówi o ekspozycji na różnorodne smaki, o doświadczaniu różnorodności, przez co kształtuje się umiejętność rozróżniania tego co naturalne i co dla nas zdrowe od tego co sztuczne, przetworzone, sfabrykowane. Taka ekspozycja wyzwala w nas czucie, zmysł, który staje się drogowskazem do zdrowszego i bardziej świadomego jedzenia, a także życia.

Podobnie jest w lekcjach Metody Feldenkraisa. Wykonywanie wielu różnych lekcji, w różnych pozycjach, w różnym kontekście ruchowym, z  różną intensywnością, w różnym rytmie, daje nam szansę doświadczyć siebie w bardzo zróżnicowanym ruchu. I jeśli damy sobie na to pozwolenie i wybierzemy się na taką ruchową przygodę to, z czasem układ nerwowy będzie wiedział jaki ruch jest dobry, będziemy potrafili wybrać ten, który jest wydajny, optymalny. W  ten sposób pielęgnujemy w sobie nasz wewnętrzny autorytet. Cytując Moshe Feldenkraisa: "Your system is not as idiotic as you are". Czyli "twój system, organizm, nie jest takim idiotą jak ty". Jeśli nie będziemy mu przeszkadzać, ale dostarczymy dużo różnorodnych bodźców, to nasz organizm z czasem wybierze takie sposoby poruszania, które są optymalne.

Czyż nie jest to krzepiąca myśl, że mamy w sobie zainstalowany system, który nie jest takim idiotą jak my, lub może ładniej było by powiedzieć, że jest mądrzejszy niż my sami, który służy nam w  każdej chwili i w każdym miejscu pomocą. Cymes polega na tym, by znaleźć do niego kod dostępu. Wydaje mi się że Feldenkrais wskazuje nam drogę do odnalezienia tego, indywidualnego dla każdego klucza.

I tą pocieszającą myślą skończę na dziś.


04.04.2011
Carretera austral, kostka czekolady i bycie wolnym.


Carretera austral. Słynna siódemka. Droga, przy pomocy której Pinochet postanowił scalić Chile. Na jej południowym końcu jest osada Villa O'Higgins. 500 mieszkańców. Kilka sklepów. Szkoła, małe regionalne muzeum, lokalna rozgłośnia radiowa. Raz na jakiś czas ktoś przejeżdża konno. Samochody też jeżdżą, choć tak się złożyło, że cysterna z paliwem, która powinna zjawić się w  mieście raz w tygodniu, w czasie, gdy akurat my tam byliśmy, nie dotarła. Więc nikt z miasta nie wyjeżdżał, zatem szanse na złapanie stopa były liche. Utknęliśmy na końcu drogi bez możliwości manewru. No . nie do końca bo przecież mogliśmy wracać tam skąd przyjechaliśmy a właściwie doszliśmy czyli do Argentyny, promem przez jezioro - kursuje dwa razy w tygodniu, potem 20 kilometrów przez góry na piechotę do argentyńskiej placówki granicznej, potem znów 15 wzdłuż jeziora "Lago Desierto". Potem znów około 15 do El Chalten. Stamtąd moglibyśmy autobusem pojechać do cywilizacji. Ale ponieważ stamtąd właśnie przybyliśmy i ciągnie nas na północ to nie decydujemy się na powrót. Najbliższym autobusem, po trzech dniach wyjechaliśmy z  Villa.

Dotarcie na koniec drogi wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Jest pasjonujące. Sam fakt, że się dotarło na koniec jest budujący. A  poza tym jest z tego miejsca dość mało pola manewru.

Gdybyśmy np. byli już 200 km na północ w Cochrane albo jeszcze dalej w  Coyhaique to pole manewru mamy zdecydowanie większe. Z tych miejsc jest więcej możliwości ruchu, więcej dostępnych kierunków, więcej opcji. Bycie na końcu drogi pozwala nam tylko na pozostanie tam albo na powrót.

Feldenkrais definiował prawidłową postawę miejsce, z którego ruch w dowolnym kierunku jest możliwy z minimalną ilością ruchów przygotowawczych. Gdy rok temu byłem w Izraelu na warsztatach u  Yochanana Ryweranta, cudownego, (niestety już nie żyjącego) trenera Metody Feldenkraisa, dużo słyszałem od niego o istocie znalezienia w ruchu miejsca neutralnego. Takiego, z którego ruch w  każdym kierunku (anatomicznie dostępnym) jest równie łatwy. Czyli taka sama zasada jak w szukaniu optymalnej postawy tylko w mikro skali.

A my wciąż powtarzamy na zajęciach (a Wy to wciąż słyszycie) "zrób mniej, nie idź do końca, zatrzymaj ruch wcześniej".

Czemu nie? Ok, z jednej strony dobrze jest znać limit, granice swoich niemożliwości. I jedno powtórzenie wystarczy, by je poznać. Dwa ruchy dla potwierdzenia. Kilka ruchów dla połechtania swojego ego. Ale ciągłe ruchy do końca zakresu . może boimy się, ze strachu przed koniecznością wyboru? Bo na końcu zakresu już nie ma wyboru. A zanim tam dojdziemy wciąż mamy wybór. Czyżbyśmy się go obawiali. Bo co, jeśli dokonamy niewłaściwego?

Czy zjadamy czekoladę do końca, czy zostawiamy sobie jakąś część na później. Ile? Jedną kostkę czy pół tabliczki?

Jak mówił Steven Rosenholtz "everything makes a difference. But what difference does it make"? Czyli "wszystko ma znaczenie ale jakie to ma znaczenie. No właśnie, jakie to ma znaczenie?

O co właściwie chodzi z tym nie wędrowaniem do końca zakresu ruchu.

Bo to wędrowanie do końca to "ogłuszające" doświadczanie. Dosłownie. Na końcu zakresu zwykle zwiększamy wysiłek, takie są prawa fizjologii i anatomii. W zakresie końcowym musimy zwiększyć wysiłek. Podkręcamy potencjometr. Czy ktoś kto słucha głośnej muzyki staje się bardziej wrażliwy na muzykę? To nie tajemnica, ale badania wykazały, że taka osoba . głuchnie. Osłabia się jej słuch, przytępia wrażliwość.

A z ruchem? Czy, robiąc więcej głuchniemy na sygnały z ciała, na subtelne informacje wysyłane przez receptory, które przez miliony lat ewoluowały po to, by dostarczyć nam jak najbardziej precyzyjnych informacji? A my to teraz olewamy, przed mądrością ciała wystawiamy zachcianki naszego umysłu i jego podszepty: "dalej, dalej, dalej, mocniej i mocniej".

Gdy byłem na AWF ie słyszałem opowieści o jednym z nauczycieli, który zabiegał swojego psa na śmierć. Gdy biegał, a biegał dużo, ciągle sobie cicho powtarzał pod nosem: "szybciej, szybciej..."

Nie, żeby silniej czy szybciej było czymś z założenia złym. Ale uczenie się - a to jest istotą w Metodzie Feldenkraisa - jest przyswajaniem, przetwarzaniem, integrowaniem informacji. A co jeśli odetnę się od źródła informacji? Czyli w tym przypadku od swojego ciała, które te informacje wysyła, tylko ja ich nie słucham, bo albo nie chcę albo nie potrafię.

Wydaje mi się, że robiąc wciąż ruch na większym napięciu zmniejsza się nasza wrażliwość na to co robimy. A my chcemy dzięki tej metodzie poznać się lepiej, wsłuchać się w siebie bardziej uważnie. A może się tego boimy? Tego co usłyszymy? Co powoduje, że z taką pasją unikamy zmniejszenia intensywności? (piszę o  swoich doświadczeniach, po przeprowadzeniu już pewnie ponad tysiąca lekcji i obserwowaniu tego jak długo trzeba się do tego przekonywać, żeby zacząć się w siebie WSŁUCHIWAĆ. Z trzeciej strony medalu jestem świadomy tego, że być może, to ja używam nie właściwych słów by do tego zachęcić). Gdy wędrujemy z  ruchem do końca, na końcowym przystanku mamy wciąż ten sam widok. Ale po drodze czeka na nas nieskończona ilość przystanków, na każdym coś innego. Chyba że nie chcemy inności, w sensie nowości? Może chcemy się utwierdzić w tym co tak nam dobrze znane? Potwierdzić to co już wiemy o sobie. Byle nie doświadczyć czegoś innego. Bo jeszcze trzeba się będzie do tego jakoś odnieść. Podjąć decyzję. Dokonać wyboru.

Tak jak w tym dowcipie. Wyjechał młody człowiek ze wsi do miasta. Wykształcił się. Karierę zrobił. Po drodze dorobił się także. Wracał okazyjnie do domu. Jednego razu, gdy był w domu, mama prosi: "synku, idź do kurnika i posegreguj jaja, duże do jednego kosza, małe do drugiego". I syn przepadł, nie wraca już godzinę, dwie. Zaniepokojona mama idzie do kurnika, widzi, że syn siedzi i w rękach trzyma jajo, więc pyta "czemu tak siedzi"? A on na to "mamo, co jajo to decyzja".

No więc może chodzi o to, że wędrowanie z ruchem do końca w pewnym sensie jest łatwiejsze, bez decyzji, wyborów, rozwidlenia dróg.

A jeszcze inny aspekt nie wędrowania do końca zakresu polega na tym, że gdy zmniejszymy zakres, zatrzymamy się po drodze, pozostajemy w  zakresie tego CO ŁATWE I LEKKIE, to nasz układ nerwowy interpretuje to miejsce jako miejsce bezpieczne. A w takim miejscu łatwiej nam o  poczucie komfortu, a w nim na gotowość do odkrycia czegoś nowego.

Oczywiście są i takie okazje, są i tacy ludzie, którym łatwiej odkryć jest coś nowego pod presją, przełamać się w obliczu nieodwracalnego, czasem nawet w sytuacji zagrożenia. Cytując znów Feldenkraisa "the most learning happens when you are off ballance". Czyli najlepiej uczymy się, gdy jesteśmy wytrąceni z równowagi. Gdy jesteśmy na krawędzi.

No i bądź tu mądry. Słuchając nagrań z treningu w Amherst ciągle słyszę słowa Moshe: "jedyną zasadą jest to, że nie mamy tu żadnych zasad".

Zatem, na koniec pozostańmy może przy tym, że jeśli wiemy co robimy, oraz jak robimy to co robimy, dlaczego to robimy, to . no właśnie . możemy robić to co chcemy.

Czy to jest wolność? Od czego? Czy tego szukamy? Czy na tym nam zależy? Na czym Ci zależy?

ps. 1. W Villa O'Higgins, czekając na transport, spędziliśmy urocze chwile, poznaliśmy fascynujących ludzi, snuliśmy podejrzenia o  spisku wioski co do nie brania przyjezdnych na stopa, a jednocześnie doświadczaliśmy ich gościnności i życzliwości, mieliśmy chętkę na jedynego pomidora we wsi, który okazał się nie na sprzedaż, odkryliśmy różnicę pomiędzy napisem "zamknięte" na drzwiach sklepu a napisem "zamknięte i basta", jedliśmy chipsy na środku płyty lotniska, a kładąc się do snu na tarasie punktu widokowego obserwowaliśmy jak poniżej, w dolinie kładzie się do snu mała osada, zbudowana na końcu drogi "carretera austral", z której droga wiedzie tylko w jedną stronę.

ps. 2 A'propos wolności to w programie "Dzieci wiedzą lepiej" w  radiowej trójce zadano dzieciom pytanie: "co to jest wolność"? "Wolność to jest gdy można pójść samemu, bez rodziców na plac zabaw" odpowiedziało jedno z nich.



[wróć na początek]