Artykuły, publikacje

PRZEBIERALNIA

W przebieralni znaleźć można trochę przemyśleń, myśli zebranych i rozebranych, tych które wysyłam w moich niusach, mailach, wieściach wszelakich. Są one co jakiś czas uzupełniane, więc zapraszam do zaglądania tu co jakiś czas. Życzę miłej lektury. Jacek Paszkowski



4.01.2011
Dwóch gości w  pociągu, ziarnko pieprzu i Metoda Feldenkraisa.

W Metodzie Feldenkraisa zadajmy sobie często pytanie o to, ile trzeba mieć możliwości, by mieć wybór? Czy dwie możliwości to już wybór? Jedna zmienna, już zakłada istnienie dwóch możliwości. Bo mogę coś zrobić albo tego nie zrobić. Mogę gdzieś pójść albo nie pójść. Mogę się zaśmiać albo mogę tego nie robić. I tak dalej. Ale czy to jest wybór? Czy to umożliwia różnorodność reakcji, zachowań, ruchów, sposobów ekspresji? I jeśli tak, to czy nam taka różnorodność wystarcza? I po co w ogóle mieć wybór? Do czego on nam? Czy różnorodność jest przydatna? Czy świadomość różnorodności i wielorakość możliwości jest nam potrzebna?

Jadąc kiedyś pociągiem ze Szczecina przysłuchiwałem się rozmowie dwóch współpasażerów. Było nas w przedziale trzech, oni non stop rozmawiali, ja próbowałem czytać ale kątem ucha przysłuchiwałem się ich rozmowie. Jechali na Ukrainę robić biznesy. Byli przedsiębiorcami produkującymi dodatki smakowe i aromaty do wędlin. Rozmawiali to tym, jak kiedyś chcieli kupić najlepsze aromaty od Szwajcarów do produkcji swoich wędlin, ale ci, nie świadomi realiów polskiego rynku nie chcieli opuścić za wysokiej, dla naszych ceny. No i co zrobili moi towarzysze podróży? Kupili parę próbek, zatrudnili chemika, ten zrobił analizę chemiczną i wyprodukowali swoje, konkurencyjne, jak mówili co do ceny i jakości swoje aromaty. Teraz z tym produktem jechali podbijać kolejny już, tym razem, rynek ukraiński. Rozpływali się nad aromatem i jakością wędlin, chwaląc między sobą, swoje własne produkty.

Miło było przysłuchiwać się ich zachwytom. Dało się wyczuć wyraźny entuzjazm wynikający z  przekonania o posiadaniu świetnego produktu i związaną z tym możliwością zawojowania nowych rynków. Jednym słowem byli ludźmi sukcesu.

A ja ludzi sukcesu szanuję, podziwiam, nawet jeśli to dotyczy producentów sztuczności dodawanej do jedzenia, mimo że już samego procederu nie popieram.

W pewnym momencie, wiedząc już to wszystko o czym napisałem, moja ciekawość była na tyle intensywna, że postanowiłem włączyć się do rozmowy i zapytałem o powody produkowania sztucznych aromatów i dodatków smakowych. Chciałem wiedzieć czemu nie używać po prostu naturalnych przypraw, których osobiście jestem zwolennikiem. Panowie bardzo chętnie zabrali się za tłumaczenie czegoś w co głęboko wierzyli i o czego skuteczności byli bezgranicznie przekonani.

Jeden z nich nachylił się w moją stronę i intensywnie gestykulując zaczął mówić: "no bo wie pan, jak pan weźmie takie ziarnko pieprzu i popatrzy na nie pod mikroskopem, to wie pan co pan tam zobaczy? Po pierwsze każde wygląda zupełnie inaczej, po drugie jest tam masa brudu i bakterii, a co najważniejsze każde .. smakuje inaczej. A jak weźmie pan nasz dodatek smakowy to jest on chemicznie czysty, idealnie sterylny i absolutnie w stu procentach powtarzalny smakowo. Więc jeśli chce pan uzyskać wędlinę o konkretnym smaku to nie może pan dodać do tego po prostu pieprzu bo za każdym razem otrzyma pan trochę inny smak. Dzięki naszym produktom smak jest zawsze identyczny, doskonały". O jej, to było mocne. No i nie sposób odmówić logiki ich rozumowaniu. Ale to "INACZEJ, ... SMAKUJE INACZEJ" brzmiało mi w głowie, jak słowa określające największe barbarzyństwo w procesie wytwarzania, przetwarzania i dalej spożywania pokarmu. A słowa "IDENTYCZNY, DOSKONAŁY" jak słowa najwyższego przemysłowo, biznesowo i kulinarnie uświęconego celu.

Już pomijam fakt, że mięsa raczej nie jadam, więc ten konkretny temat tak bardzo kulinarnie mnie nie dotyczy. Ale z drugiej strony, tak po prostu, po ludzku, jak najbardziej tak. Choćby dlatego, że wierzę w to, że im mniej chemii w tym co jemy, wdychamy, pijemy tym lepiej. Poza tym lubię jak np. potrawa smakuje zależnie od tego, skąd pochodzi, w jakich warunkach rosły rośliny, z których została przyrządzona.

I nie chodzi tu tylko o jedzenie. Ja osobiście lubię różnorodność. Lubię tę odmienność drzemiącą w każdym ziarnku pieprzu. Szczyptę nieprzewidywalności. Odrobinę zaskoczenia związaną z każdym okruchem naturalności. Czasem przygotowując nową potrawę zapisuję przepis, jeśli smakuje, wpisuję do notesu. Ale nawet, gdy sięgam po niego ponownie, to nigdy go nie powielam. Zawsze coś zmienię. Czasem na dobre, czasem na . dobre inaczej.

A Feldenkrais wciąż uczy mnie większej otwartości na eksperymentowanie, szukanie nowości.

Dla mnie Metoda jest pochwałą różnorodności, apoteozą tego co w nas unikalne. Mimo tego, że w  ruchu wykonanym optymalnie z mechanicznego punktu widzenia, pojawia się między różnymi osobami coraz więcej jednolitości. Ale to jednolitość organiczna, dana nam przez strukturę naszego ciała i  funkcjonowanie układu nerwowego. Ale ta mechanicznie optymalna jednolitość staje się punktem wyjścia do poszukiwania coraz większej różnorodności. Gdy jesteśmy ugruntowani, mamy świadomość naszego ciała, naszych możliwości, gdy mamy stały dostęp do poszukiwania czegoś nowego, wtedy nasze drzwi do kuchni życia są szeroko otwarte i jesteśmy gotowi do odkrywania różnych, nowych smaków.

Smacznego. Na nowy rok. Go!


26.01.2011
Chłopiec na drzewie, maraton i Alosza Awdiejew

Alan Questel (trener Metody Feldenkraisa) w swoim artykule o  zastosowaniach Metody Feldenkraisa w pracy z aktorami pisze: "Jedną z podstawowych zasad Metody Feldenkraisa jest zwiększanie naszych opcji i tworzenie nowych sposobów działania. Chodzi nie tyle o  nauczenie właściwego sposobu robienia czegoś, ale o wydobycie z  siebie nowych możliwości. Za każdym razem, gdy ktoś uczy nas "tego jednego, właściwego" sposobu, jednocześnie narzuca na nas ograniczenia. Nie żeby nie było właściwych sposobów działania, ale najczęściej ten właściwy sposób wyklucza dalsze próby i poszukiwania oraz tłumi naszą kreatywność."

Pamiętam, to był piękny, upalny, sierpniowy dzień na Mazurach. Postanowiłem, że tego dnia obiegnę jezioro dookoła. Jezioro, które dobrze znam, bo jeżdżę tam od wielu lat, kiedy to rodzice wybudowali domek na działce. Jezioro jest długie, wąskie, z wysokimi brzegami, z  czystą wodą i lasami sosnowymi dookoła. Działkę mamy, przy wsi, na rozległej polanie na początku jeziora.

Na chwilę jednak zostawmy ten piękny, letni dzień i przenieśmy się rok wcześniej, kiedy to kolega z liceum zadzwonił do mnie, pytając czy . nie pobiegłbym z nim maratonu. Powiedziałem, że chyba oszalał. Z 95 kilogramami na pokładzie, z rekordem życiowym - dziesięciu kilometrów, pomysł przebiegnięcia 42 km wydawał mi się wariactwem, niemożliwością, czymś co jest dla mnie nieosiągalne, nawet gdybym bardzo chciał. No właśnie. A co, gdybym . naprawdę bardzo chciał?

W każdym razie, gdy dodał, że maraton jest za dwa tygodnie wiedziałem już, że tego roku, nie spotkamy się na linii startu. Ale, ziarenko zostało zasiane. No bo, co, . gdybym naprawdę bardzo chciał? Czy niemożliwe mogło by się stać możliwe? Czy wewnętrzne przekonanie, taka prawda najprawdziwsza, z którą się utożsamiałem, że przebiegnięcie więcej niż 10 kilometrów jest poza moim zasięgiem, może stać się prawdą już nie obowiązującą, należącą do prawd przeszłości? Kartkę z taką prawdą zgniata się w ręce i wyrzuca do kosza. Bo przecież, kiedyś tak samo myślałem, że przebiegnięcie nawet 10 kilometrów jest nie dla mnie. Aż do momentu, gdy biegnąc swoją zwykłą pętlę od mostu Łazienkowskiego do mostu Śląsko - Dąbrowskiego i z powrotem, czyli 6 km, pomyślałem, że ... może by tak pobiec do mostu Gdańskiego i z powrotem co dało by okrągłą liczbę 10 km. Jak pomyślałem tak i zrobiłem, a gdy już przebiegłem całość, doświadczyłem czegoś cudownego, czego doświadczam, gdy pokonuję swoje własne ograniczenia. Tak jak w wielu innych sytuacjach (jak pływanie pod lodem, włażenie na reje wielkiego żaglowca czy wiele innych), z których każda była przełamywaniem mniejszych lub większych swoich strachów, obaw, ograniczeń, niemożliwości i  oczywistości, które w dużej mierze określają to kim jesteśmy, co robimy i jak żyjemy.

Jak ślicznie powiedział kiedyś Alosza Awdiejew: "w poznaniu przeszkadza nam tak zwana oczywistość". Jakie są, te nasze "oczywistości"?

A zatem, gdy pewnego dnia Maciek zadzwonił do mnie z propozycją przebiegnięcia za dwa tygodnie maratonu wiedziałem, że nie, . nie tym razem. Powiedziałem, że spróbuję, ale połowę dystansu, czyli tak zwany półmaraton. Dwa tygodnie później, pod naporem niezaprzeczalnych faktów padła kolejna moja niemożliwość, z  mocnym postanowieniem, że za rok pobiegnę cały dystans, zrobię sobie prezent na 40 urodziny.

Tak więc, wracając do tego pięknego sierpniowego dnia na Mazurach, na miesiąc przed maratonem robiłem kolejny długodystansowy trening. Był upał, więc zaopatrzyłem się w zapas wody, batony wysokokaloryczne i ruszyłem w drogę. Przy końcu jeziora się zgubiłem. Po prostu biegłem lasem, który znam od lat, aż tu nagle nie wiem gdzie jestem. Ale wiedziałem, że jezioro jest po mojej lewej stronie. Postanowiłem więc pobiec do jeziora i dalej, ścieżką wydeptaną przez wędkarzy, aż do miejsca, które rozpoznam i będę wiedział jak biec dalej. Tak też zrobiłem. Biegnę więc nad jeziorem i nagle na wysokości paru metrów nad ziemią, na gałęzi rozłożystej brzozy stoi sobie chłopiec. Opiera się o pień drzewa, ma może 12 lat, wygląda mi na miejscowego i tak jakoś dziwnie mi się przygląda, być może myśląc "co u licha robi tutaj ten gość, biegnąc z dziwną butelką na plecach i . takie tam myślę sobie, że on sobie może myśleć. Stoimy więc tak, dwaj myśliciele, a ja gapię się w górę i pytam: "przepraszam czy to koniec jeziora", a on z taką dziwną miną, odpowiada niewinnie: "nie, to jest początek".

Bum ta rara bęc. Zaraz, zaraz, przecież przyjeżdżam tu przez tyle lat, pewnie co najmniej dwa razy dłużej niż chłopak ma lat, a on mi teraz mówi, że to co zawsze było końcem, jest początkiem. Łał, to była lekcja dnia. Te dwadzieścia kilka kilometrów, które przebiegłem tego dnia nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak te kilka słów.

Na koniec, wracając do... początku, czyli do słów Alana o  narzuconych ograniczeniach, to dotyczą one oczywiście nie tylko ruchu. Chodzi także o to jak myślimy, o nasze wyobrażenie o sobie, innych, o świecie (a te w dużej mierze wynikają z naszego doświadczenia, czyli tego co do tej pory zrobiliśmy i czego nie zrobiliśmy). Istotne jest również to, że często nie zdając sobie z tego sprawy, to my sami narzucamy na siebie takie ograniczenia.

I pewnie nie ma znaczenia to, czy koniec południowy jeziora jest początkiem czy też jego końcem. Nie ma znów tak dużego znaczenia czy przebiegnę te 42 kilometry. Dla mnie ważne jest czy dopuszczam możliwość zrobienia czegoś, co wydaje mi się, że jest poza moim zasięgiem. Czy mówię sobie, "nie, bo nie i basta", czy też mówię sobie, że spróbuję i zobaczymy, może się uda, a może nie. Czy mam chęć, odwagę, zapał, siłę, energię do zrobienia czegoś, czego do tej pory nie zrobiłem, a zwłaszcza, jeśli chodzi mi po głowie, sercu, duszy taka ochota, że bardzo bym tego chciał.

Ps 1. Bieganie, włażenie na reje, pływanie pod lodem, pójście do nowej restauracji, przeczytanie książki z innego wymiaru wierzeń, skakanie do wody z wysokości i inne przyjemności życia mogą być szkodliwe dla zdrowia, stosować więc . bez umiaru, gdyż równie dobrze mogą na zdrowie nasze wpłynąć.

ORAZ UWAGA: Poważne konsekwencje mogą wyniknąć ze zrobienia czegoś nowego. Przed użyciem przewertować instrukcję obsługi (siebie), zapoznać się z cieniem treści zawartej na ulotce dołączonej do opakowania lub skonsultować się ze zdrowym rozsądkiem (najlepiej własnym). Naradzić z własnymi motywacjami, potrzebami i chuciami. Zrewidować swoje podejście do tego i owego i wziąć się do roboty. I jeszcze jedno, przekraczanie swoich ograniczeń nie musi skończyć się na mecie maratonu. Każdy najlepiej wie, gdzie są jego / jej własne kierunki rozwoju, bariery, które warto pokonać, cele jakie warto postawić, czym są rzeczy, ze zrobieniem których czekamy, czekamy, czekamy.

Najlepszego na nowy rok. Nowy Krok. Zrób krok. ok.

Ps 2. Artykuł Alana Questela w całości jest już na stronie w zakładce "artykuły". Polecam.

Ps 3. Tak, wiem, o chłopcu na drzewie kiedyś już pisałem.


11.02.2011
Wojna, naloty i Metoda Feldenkraisa.

Russell Delman, studiował z Moshe Feldenkraisem na treningu w San Francisco. Jak wielu absolwentów tego treningu, pomiędzy segmentami jeździł do Tel Avivu, by spędzić czas z Moshe, asystować mu, przyglądać się jego pracy z  bliska. Wielu tak robiło, każdy ma swoje własne, związane z taką praktyką ciekawe historie. Russell w jednym z wywiadów opisuje historię swojego pobytu u boku Moshe. Pisze, że był tam w okresie wojny izraelsko - syryjskiej. Samoloty wojskowe latały nad stolicą w kierunku Syrii. Jako pokojowo nastawiony człowiek, nie krył oburzenia związanego z działaniami wojennymi.

Przyszedł raz do Feldenkraisa i mówi, że to straszne, ta cała wojna, taka niepotrzebna. Feldenkrais na to: "Russel, ale z Ciebie idiota, czy myślisz, że warto było by usunąć zdolność organizmu do wytwarzania stanu zapalnego"? Na co on, że "Raczej nie. Bo, stan zapalny przecież jest potrzebny organizmowi i jest nieodłączną częścią procesu zdrowienia."

"No widzisz" mówi Feldenkrais, "podobnie jest z wojną. Oczyszcza planetę. A poza tym, czy wiesz, że wojny w wielu przypadkach służyły wprowadzaniu nowych, postępowych praw do podbitych narodów, że przyczyniły się do wymiany materiału genetycznego, że służyły regulacji ilości populacji . "

Moshe zrobił mu długi wykład, podając wiele innych przykładów tego, że wojna może mieć różne oblicza i można patrzeć na nią z wielu stron.

Tego dnia Russel wyszedł od Feldenkraisa zdumiony, trochę oszołomiony. Z jednej strony tym, że można również w taki sposób patrzeć na wojnę oraz tym, że on sam patrzył na wojnę zawsze tak jednostronnie. To był dla niego światopoglądowy szok.

Następnego dnia wrócił do Feldenkraisa i po raz kolejny samoloty lecą nad Tel Avivem na Syrię i Russel mówi: "Popatrz Moshe, oczyszczanie planety się dokonuje", na co Feldenkrais mówi: "Russel jak możesz być takim idiotą, co może być gorszego niż to, że giną niewinni ludzie".

Russel pisze, że przebywanie u boku Feldenkraisa, tak jak i studiowanie jego metody zmuszało go do ciągłego konfrontowania się z paradoksami. Z wielowymiarowością życia, doświadczaniem go z wielu punktów widzenia. Że można mieć swoje poglądy, można się ich trzymać ale należy pamiętać, że wiele jeśli nie wszystkie sytuacje mają więcej niż jedną stronę. Że wszystkiemu można i warto przyjrzeć się z wielu stron.

Ci z Was, którzy doświadczają Metody Feldenkraisa pewnie odnajdą tu wspólny wątek. Wyobraź sobie dowolny ruch, na ile sposobów można go zrobić? Jeden ze sposobów najprawdopodobniej będzie najłatwiejszy, ten wykonany zgodnie z  naszymi anatomicznymi i psychicznymi predyspozycjami, celami, motywacjami. Ale na tym jednym sposobie nie kończy się świat. Świat jest dużo bogatszy niż ten jeden sposób, często ten, który jest dla nas pierwszym pomysłem, tą oczywistością, tak naturalną, że wydaje się, że nic poza nią nie ma prawa bytu. A jednak.

Metoda Feldenkraisa kieruje nas w  zakamarki ciała i umysłu dotąd przez nas nie odwiedzane. Nie po to, żebyśmy od razu coś robili inaczej. Ale byśmy mieli doświadczenie "innego", które wzbogaca, uczy tolerancji, oswaja nas z odmiennością.

Russel Delman jest cenionym trenerem Metody Feldenkraisa. Jest także nauczycielem medytacji zen. Od lat w  swojej pracy łączy oba te podejścia. Więcej o jego pracy, warsztatach, materiałach do pracy własnej znaleźć można na Jego stronie www.russelldelman.com



[wróć na początek]